To był jeden z tych wyjazdów, które zostają na długo. Tydzień tylko we dwie – mama i córka, greckie słońce i czas, którego na co dzień tak często brakuje. Julia zajęła się poszukiwaniem miejsca o które poprosiłam, takiego gdzie będzie pięknie, gdzie będę mogła również pospacerować po plaży, ale co dla mnie najważniejsze, miejsca w którym można odpocząć z dala od tłumów.
Wydawało się to utopią, zważywszy na fakt iż plan padł na środek lata i szczyt sezonu. Jednak dla Julii nie ma rzeczy niemożliwych, więc wyszperała Kefalonię, ale tak właśnie po naszemu, z delikatnym planem realizowanym bez spiny i czasem na:
pogaduchy, maseczkę na twarzy, śmiech i poważne rozmowy, czytanie książki i poszukiwanie smaków.
No to lecimy!
Garść wskazówek organizacyjnych.
Możesz znaleźć ofertę w niewielu biurach, które proponują loty bezpośrednie. Jeśli organizujesz sama, to potrzebujesz skorzystać z lotów z przesiadką. My, leciałyśmy z Katowic do Aten, następnie na Kefalonię, a z powrotem z Kefalonii do Medialonu, a stamtąd do Katowic. Przy układaniu lotów przesiadkowych dobrze jest zwrócić uwagę na godzinę przesunięcia w czasie między Polską a Grecją. Ważne jest też aby po przylocie skorzystać z wyjścia dla pasażerów, którzy podróżują dalej. Wtedy unikniesz ponownej kontroli osobistej.
Uwaga, uwaga, czy można lecieć samolotem jeszcze mniej komfortowym niż ten linii na R lub na W? Można, greckimi liniami Aegean Airlines, które na loty wewnątrz kraju wykorzystują samoloty z dwoma rzędami, ale po 2 siedzenia. Takie dłuższe autokary. Uwierz, ze na nogi jest jeszcze mniej miejsca, a kabinówka musi trafić do luku bagażowego, bo nad głową może się nie zmieścić.
Wyspa jest mała, ale komunikacja bez samochodu jest dosyć trudna, więc dobrze jest wynająć auto. Wynajęłam Citroena C1, czyli chyba najmniejszą formę jeżdżącą, ale jak to zazwyczaj wiadomo, nigdy nie wiesz jaki samochód zostanie ci przedzielony. Nam się dostał Citroen C3 i coś mi się zdaje, ze całe szczęście, bo C1 to chyba nie dałby rady po tak wysokich górach. Tak Kefalonia jest bardzo górzystą wyspą. Góry i surowe wyżyny stanowią, aż 85% powierzchni wyspy. Pozostałe tereny do dwa największe miasta i drobne miejscowości wzdłuż łatwiej dostępnego wybrzeża. Mieszkańcy w większości zamieszkują oczywiście tereny nadmorskie. Zatem drogi są bardzo strome, pełne zakrętów na których często okazuje się, że potrzebujesz zredukować bieg do jedynki, bo dwójka nie daje rady.
Brak tutaj miejsca na wielkie hotele. Turyści mogą wybierać butikowe hoteliki oraz niewielkie pensjonaty i apartamenty. Taka sytuacja powoduje, że możesz poczuć się na Kefalonii dość swobodnie. Oczywiście są plaże, gdzie jest bardzo tłumnie, ale bez problemu znajdziesz miejsca na których możesz być prawie sama, nawet w szczycie sezonu.


Zdecydowałyśmy z się z Julą na dwie destynacje. Pierwsza to miejscowość Lourdas na samym południu wyspy, ok. 30 min drogi od lotniska, a druga Assos znajdująca się na północno-zachodnim wybrzeżu wyspy. ok. 1 g. od lotniska. Na marginesie, wyspa jest mała. Z południa na północ możesz dostać się w max. 1,30 g.
LOURDAS I OKOLICE
Nasza miejscówka, to pensjonat położony na wzgórzu, z pięknym widokiem na morze. Jak nie trudno się domyślić, skoro piękny widok, to zapewne w oddali od morza. Tak, mapa pokazywała 28 min pieszo, co może pod kątem czasu na wakacjach, nie jest problemem, ale niestety powrót odbywałaby się pod górę w temperaturze 35 stopni. Zrezygnowałyśmy z tych piekielnych rozkoszy, na rzecz klimatyzowanego samochodu 😉.
Przyjechałyśmy około północy, więc powitania z morzem nie było. Uwielbiam pierwszy poranek, kiedy wstaję i widok który się przede mną wyłania zapiera mi dech. Tak, wybrałyśmy fajną miejscówkę i nie mam na myśli samego apartamentu, ale przede wszystkim położenie i jego otoczenie. To jest dla mnie bardzo ważne, mieć gdzie usiąść na zewnątrz, a jeśli do tego trafi się piękny widok, to już naprawdę niczego więcej do szczęścia nie potrzebuję. Z naszego tarasu i ogrodu roztaczał się cudowny, panoramiczny widok na Morze Jońskie.
Zatem z błogością na twarzy, leniwe rozpoczęłam dzień. Szklanka wody z olejkami. Łagodna praktyka jogi. Poranna kawa i śniadanko. Poczułam, że jestem w miejscu w którym miałam się znaleźć. Staram się na co dzień łapać uważnie każdą chwilę. W pracy-pracuję na urlopie się urlopuję. Kiedyś miałam problem z przestawieniem się na tryb wakacyjny. Bywało, ze musiało upłynąć kilka dni żeby zwolnić. Nauczyłam się tego już wiele lat temu i wiem, że pomogła mi w tym joga. Umysł już nie biega, nie rozpamiętuje tego co tam za mną. Każdy łyk wody, każdy oddech sprowadza mnie do tego miejsca. Jest bosko!

Wybrzeże tej części wsypy jest utkane piaszczystymi plażami. Nie jest to śliczny, biały piaseczek. W wielu miejscach jest to, raczej piasek z domieszką drobnych kamyczków. Plaże ciągną się kilometrami, ale są poprzedzielane kilkumetrowymi, a czasem dłuższymi fragmentami kamienistymi. Warto poeksplorować, co się kryje za tymi kamieniami. Może się okazać, że odkryjesz jeszcze piękniejszy fragment plaży, na którym będzie jeszcze mniej turystów. Tak miałyśmy z plażą Trapezaki. Aby dostać się do niej potrzebowałyśmy pokonać kilka metrów kamieni i skał. Po przejściu ukazała się piękna, jakby dzika plaża, gdzie oczywiście było bardzo mało ludzi. Nie wymagało to żadnego wysiłku, raczej odrobinę ciekawości, co też możemy odkryć za zakrętem… Warto było. Następnego dnia postanowiłyśmy pójść o krok dalej. Miałyśmy do wyboru dwie drogi. Pierwsza, to stroma ścieżka „bambusowa”, którą można było dostać się do plaży Kanali lub druga, drogą wodno-skalistą. Wybrałyśmy wariant drugi, ze względu na bryzę z nad morza, która zdecydowanie ułatwiała tę wędrówkę. Na tej plaży, ze względu na trudniejsze dojście, było nas kilka osób. Przypominam, że to szczyt sezonu! Z przodu ciepłe, delikatnie falujące morze, z tyłu porośnięte bujną roślinnością wzgórze, w oddali wysokie góry. Miejsce idealne na odpoczynek. Nie znajdziesz tutaj leżaków i barów, ale z cała pewnością ciszę i spokój.
I znowu poczułam, że to jest to czego potrzebuję.
I tak, te plaże na południu ciągną się jedna , za drugą, prezentując rozmaity krajobraz i zapraszając do spełnienia różnych swoich potrzeb. Na koniec pojawiła się nam potrzeba wynajęcia łóżka plażowego i schłodzenia się zimnym napojem ze słomką, pitym pod palmami, więc udałyśmy się na plażę Lourdas. Parkujesz samochód i przed oczami pojawia się długa plaża, z knajpkami i parasolami. Ludzie stłoczeni, jak przy rzędach nadmorskich hoteli. Najpierw mnie zmroziło, a moje ciało od razu przygotowało się do ucieczki. Dwa oddechy, odrobinę logiki i powędrowałyśmy w bok, gdzie tłum zaczął się zmniejszać, a na końcu w zasadzie już na odludziu wyłonił się Waikiki Bar. Znalazłam to czego potrzebowałam: wygodne łóżko w cieniu naturalnych parasoli, bezalkoholowe mohito i czas na błogi reset.
Jak to często bywa, mimo dbania o skórę, kapelusza na głowie, parasola, dopadła mnie różowa opalenizna. Mam zawsze na taką okoliczność olejek lawendowy, ale wspomogłam się jeszcze żelem aloesowym i jakąś maścią z Marketu u Marii. Rewelacyjna właścicielka, u której w sklepie w zasadzie można było kupić wszystko. Uwielbiam takie lokalne klimaty, kiedy plączesz się po zakamarkach w poszukiwaniu czegoś i co rusz próbujesz przebić się przez te greckie literki na etykietach 😉




AINOS OROS
W tej części wyspy leży jej najwyższy szczyt Ainos Oros, wynoszący ok. 1620 m n.p.m. Wyruszyłyśmy na wycieczkę krętymi, stromymi drogami, na których mapa google często próbowała mnie skierować na drogi, gdzie przejazd raczej graniczyłby z cudem. Ot takie, greckie uroki! Droga kręciła się niemiłosiernie, wiec jeśli jesteś pasażerem, a miewasz nudności, to zdecydowanie polecam jakiś środek na chorobę lokomcyjną. Nasz citroen dodatkowo nie ułatwiał nam zadania. Jakiś taki wąski i wysoki, ze słabą przyczepnością, kołysał się na wszystkich nierównościach.
Im wyżej tym ciekawiej. W miarę upływu czasu ruch uliczny zamarł całkowicie. Pojawiły się za to całe stada kóz z dzwonkami. A propos kóz, to ciekawa sprawa, gdyż poza nadmorskim południem, możesz je spotkać w zasadzie wszędzie, nie wyłączając głównych dróg. Zlewają się swoim różnorodnym ubarwieniem ze skałami i absolutnie nie boją się przejeżdżających samochodów. Wyraźnie pokazują, że to jest ich naturalne środowisko, więc to nie one, lecz my jesteśmy intruzami😉 Trzeba na nie bardzo uważać.



Wjeżdżamy do Parku Narodowego Ainos, jedynego takiego na wyspach jońskich, słynącego z ciemnozielonej jodły kefalońskiej, zwanej też jodłą czarną. Teren zachwyca obfitością tych drzew, która kontrastują z wapiennymi skałami. Można też tutaj spotkać żyjące półdziko konie, ale nam nie było to dane. Samochód zostawiasz na małym parkingu i udajesz się szutrową drogą w kierunku szczytu. Po drodze mijasz kilka punktów widokowych. Po ok. 20 min. docierasz do miejsca, które wskazuje mapa google, jako cel, ale nagle okazuje się, że to jeszcze nie koniec. Na szczyt biegnie stroma ścieżka, którą potrzebujesz się wspiąć, aby dotrzeć na Ainos Oros. Nam w całkiem przyzwoitym tempie udało się pokonać ją w ok. 15-20 min. Sam szczyt jest bardzo skalisty i aby zobaczyć widoki musisz, razem z kozami trochę pofikać, żeby dotrzeć do celu. Widoki są warte wysiłku. Kiedy stoisz tak wysoko, czujesz potęgę i stabilność gór, a bezkres morza może Cię pochłonąć bez reszty. Warto na chwile zatrzymać i poddać się temu.
Z zachodem słońca pożegnałyśmy Ainos i ruszyłyśmy w drogę powrotną. Taka opcja późnego popołudnia jest dość dobrym pomysłem, ze względu na wysokie temperatury. Miły to też przerywnik od plażowania. Bardzo polecam. Aha, ze wskazówek praktycznych – przydałby się też odpowiednie buty, choć i nasze sandały turystyczne, na grubej podeszwie też dały radę.



W DRODZE DO ASSOS
Żegnamy się z południem, podążając niespiesznie na północ wyspy, ale najpierw kierujemy się na wschód na śniadanko w uroczej kawiarni REMETZO CAFE w miejscowości Poros. Miejsce to jest stworzone wewnątrz skał, a tarasy wychodzą w morze. Świetna miejscówka, w której możesz zjeść śniadanie i napić się porannej kawy, wśród skał z widokiem na urokliwą zatoczkę. Kawiarnia jest uznawana za ikoniczną, więc polecam przyjechać w porannych godzinach, bo tylko wtedy nie ma tam tłoku i możesz naprawdę poczuć klimat miejsca. Kawa pita w takim miejscu smakuje jakby jeszcze lepiej. Zamykam oczy, czuję bryzę morską na twarzy, słyszę dźwięk cykad i fal delikatnie rozbijających się o skały. Prawdziwa uczta dla zmysłów, no może poza śniadaniem. Mój omlet z fetą jakoś nie specjalnie mnie ujął. Ostatni łyk kawy i lecimy dalej.



Podążając w kierunku północy zatrzymujemy się w miejscu, które Julia już kiedyś odwiedziła i które ją zachwyciło. To krasowa JASKINIA MELISSANI z podziemnym jeziorkiem o krystalicznej, przejrzystej wodzie. Wiek jaskini szacuje się na ok. 20 tyś. lat, wiec jest młodą jaskinią, ale ze względu na wyjątkowy klimat szata naciekowa jest bardzo bogata. Dla porównania, wiek znajdującej się w pobliżu jaskini Drogarati szacuje się na ok. 150 mln lat.
To co wyróżnia jaskinię Melissani, to otwór w górze jaskini, przez który wpada światło słoneczne oświetlając jeziorko, wydobywając z niego, ale też ze ścian jaskini przecudne barwy. Otwór powstał na skutek trzęsienia ziemi w 1953 r. Ciekawostką jest też fakt, iż woda w jeziorku jest mieszaniną morsko-słodkiej wody. Skąd ten fenomen geologiczny? Ano, na przeciwległym brzegu wyspy, na zachodzie woda morska wpływa do podziemnych korytarzy, mieszając się z wodami gruntowymi. Po 2 tygodniach dopływa do jeziorka Melissani, na wschodzie wyspy i następnie wędruje dalej do morza.
Głębokość jeziorka sięga momentami 30 m. Podobno żyją tutaj węgorze.
Dobrze jest odwiedzić jaskinię w godzinach od 10-14, ze względu na światło padające pod najlepszym kątem. I tutaj cały czar gaśnie. Taka sytuacja powoduje, że turyści tłumnie przyjeżdżają w tym czasie. W szczycie sezonu stałyśmy w kolejce ok. 1g. Tyle dobrze, że pod parasolami oraz w cieniu drzew. Oczekiwanie nie było takie złe. Kiedy jesteś na urlopie, czas biegnie w innym tempie, a mając świetną kompankę, nie wiem kiedy upłynął. Większym problemem jest wizyta w samej jaskini. Trwa bardzo krótko, jak sądzę ze względu na ogrom turystów. Informacje w necie pokazują, ze ok. 15 min. Nasza trwała chyba niewiele ponad 5 min. Tam można byłoby siedzieć i podziwiać ten spektakl świetlny nawet przez całą godzinę. Komercja zabija to miejsce. Nie miałam czasu, żeby przyjrzeć się formacjom skalnym, naciekom, spokojnie poobserwować wodę i spróbować dojrzeć, co w niej żyje, nacieszyć oko wpadającym światłem. Julia odwiedziła je we wrześniu i zdecydowanie inaczej to wyglądało. Polecam, naprawdę warto zobaczyć, ale raczej nie w szczycie sezonu.



Niewystarczająco wysycone urodą Melissani, podróżujemy dalej. Całkiem niedaleko zatrzymujemy się w opuszczonej wiosce OLD VLACHATA. To zrujnowana, na skutek potężnego trzęsienia ziemi, osada. W 1953 r. Kefalonię nawiedził kataklizm o sile 7,2 stopnia w skali Richtera. 95% zabudowy wyspy uległo zniszczeniu. Ludność została zmuszona do migracji w inne miejsca wyspy, część wyemigrowała za granicę. Wstrząsy narastały sukcesywnie, dlatego zanim doszło do najmocniejszego, większość ludzi zdążyła opuścić swoje domu, stąd na szczęście nie było wielkich strat w ludziach. Osada kiedyś tętniła życiem. Założono ją 400 lat wcześniej. Znajdowały się tutaj dwie szkoły, trzy kościoły, parterowe domy zwykłych mieszkańców oraz rezydencje arystokracji. To, co pozostało po tym miejscu to namiastka jego świetności. Stare drzewa i krzewy wrastają w ruiny. Możesz znaleźć pozostałości ścian, pieców, studni i pospacerować fragmentami ulic, między ruinami domów. Wieś-widmo, z którego spoglądają na ciebie nostalgicznie duchy przeszłości.



Kierujemy się na północny-zachód do Assos. Naszym pojazdem najpierw wspinałyśmy się krętymi drogami w górę, potem prze ok. 40 min „przebijałyśmy” się przez szczyty, żeby następnie cieszyć się panoramicznym widokiem, jadąc wzdłuż morza, a na koniec zjechać stromą, krętą drogą do małej, kolorowej mieścinki.
ASSOS I OKOLICE
Assos, to chyba jedna z najstarszych miejscowości na wyspie. To tutaj Wenecjanie wznieśli w XVI twierdzę obronną. Do trzęsienia ziemi, twierdza stanowiła więzienie, w szczególności dla więźniów politycznych. W wyniku klęski w 1953 r. struktura zamku została poważnie naruszona, a sciany wewnętrzne uległy zniszczeniu. Aktualnie ruiny na górzystym płw. Assos, dumnie spoglądają na małą mieścinkę przycupniętą w zatoce. Assos, jako jedno z nielicznych miejsc zostało po trzęsieniu ziemi wiernie odbudowane, choć jeśli spróbujesz się zatracić w wąskich uliczkach, to możesz znaleźć budynki, które stanowią smutną pamiątkę po katastrofie geologicznej. Poza tym, sporo tutaj kolorowych domów, zwłaszcza nad klimatyczną zatoczką. Kilka knajpek, sklepików oraz lokalna piekarnia i sklep. Nie znajdziesz tutaj głośnych imprez, a jedyne szaleństwo późnym wieczorem, to krzyk dzieci, grających w piłkę przy małym kościółku. Jeden egzemplarz o bardzo charakterystycznej barwie głosu, był słyszalny nawet kilkaset metrów dalej 😂
Baza noclegowa jest dość duża, jak na małą powierzchnię Assos. Uliczki są bardzo ciasne, zresztą tak samo jak apartamenty, a samochody są parkowane na kilku parkingach. Nasz parking znajdował się tuż za oknami naszego apartamentu. Apartament very tiny, za to z uroczym balkonem i widokiem na zielony ogród, w którym mogłam się zatracić w praktyce jogi i medytacji.





W Assos znajduje się jedna plaża, która w ciągu dnia jest bardzo zatłoczona. To zdecydowanie nie dla mnie, więc w poszukiwaniu ciekawych plaż, znowu wsiadłyśmy do samochodu i zaczęłyśmy się wspinać pod górę i jeszcze bardziej, a potem znowu w dół, w kierunku wody…
Tak zawędrowałyśmy na jedną z najpiękniejszych plaż Grecji, o ile nie Europy. Plaża cudo, pięknie położona, woda turkusowa, białe otoczaki od malutkich, po całkiem duże. Veni, vidi, ale vici – już nie koniecznie. Zobaczyłyśmy, pooglądałyśmy i pojechałyśmy gdzie indziej, na plażę Jerusalem, ponieważ tutaj choć to cud natury, to odpoczynku, ze względu na tłum, raczej nie zaznałybyśmy. Uwaga! Plaża ta słynie też z silnych prądów wstecznych.
Plaża Holy Jerusalem to cudownie piękna, kamyczkowa plaża z łóżkami i parasolkami, z krystaliczną odrobinę chłodniejszą wodą. Przy tym dość kameralna. Plaże, tak generalnie, poza południem wyspy, są kamyczkowe, a woda jest cuuuuddooownie turkusowa i przejrzysta.
Julia zaplanowała jeszcze atrakcję turystyczną w postaci rejsu na plażę Fteri, dostępną tylko od strony morza. Plaża ta, w najnowszym rankingu Euro Summer 2026 przygotowanym przez World’s 50 Best Beaches jest na szczycie i już teraz określana jest jednym z największych wakacyjnych hitów 2026. Dla mnie to red flag i oznacza tylko jedno, uciekać stamtąd jak najdalej, choć nie przeczę piękna ci ona.
Zdarzyło mi się być wiele razy na tych najpiękniejszych w danym kraju, czy wyspie, ale niestety obleganych przez tłumy ciekawych miejsca turystów. Przy nadmiarze ludzi plaża taka traci jednak swój urok, wiec już chyba nie potrzebuję tego.
Za to, zaprzyjaźniony w kelner w fantastycznej restauracji zaproponował nam bardzo kameralną plażę Chorgota, która nie stanowi żadnej atrakcji turystycznej, a wręcz przeciwnie możesz na niej spotkać mieszkańców wyspy. Aby dojechać potrzebowałyśmy pół godziny, a droga przez góry znowu przyniosła nam mnóstwo pięknych widoków.





Wracając z plaży Chorgota do Assos, w samym środku trasy, zatrzymałyśmy się w Rosie’s Cafe na małe co nieco. Kawiarnia posiada zacieniony taras widokowy, a właścicielka serwuje różne pyszności, które sama przygotowuje. Bardzo polecam!


Skoro wywołałam temat jedzenia, to słów kilka o doświadczeniach kulinarnych.
Etap zachwytu nad suwlakami, musaką, czy kleftiko, mam już dawno za sobą. Pamiętam jednak, jakie wrażenie zrobiła na mnie, tradycyjna kuchnia grecka, po raz pierwszy i w ogóle klimat greckiej tawerny. To było bardzo dawno temu. Teraz poszukuję tradycji w odświeżonym wydaniu i w formie wegetariańskiej. O dziwo udało się nam znaleźć takie miejsca na Kefaloni, choć przyznam ze stanowią one mniejszość.
Na południu koniecznie trzeba zajrzeć do Ensamble Restaurant & bar Vlachata. Niestety, zanim dotarłyśmy do tego miejsca, zaliczyłyśmy kilka wpadek kulinarnych, pod przykrywką kuchni tradycyjnej. Obsługa miła, miejsca całkiem ładne, oceny o zgrozo również, ale menu w stylu turistico, bez smaku i polotu, co by tylko brzuch napełnić i już nie wrócić.
W Assos polecam restaurację 3 wise monkeys, w której smakowałyśmy niezwykłych potraw przez cały pobyt na północy. Pozostawiłyśmy poszukiwanie smaków gdzie indziej, bo to co zastałyśmy w małpach było nie do pokonania. Jula pobajerowała kelnera, aby podał przepis na jedną z potraw, a w zasadzie jej część. Facet nie wytrzymał presji i zaprosił do naszego stolika przesympatycznego szefa kuchni. Ten zaś okazał się być wielbicielem polskich pierogów i żurku, którym się raczył podczas zwiedzania Krakowa. Pogadaliśmy chwilę i dostałyśmy przepis na dodatek do tej potrawy. Czerwona kapusta, wyśmienicie podana, a jakże prosta w przygotowaniu. Składniki poniżej, choć chyba trzeba z nimi poeksperymentować, bo coś mi się wydaje że soli i cukru, to tam chyba jest za dużo. 🤣




Czego nie zobaczyłam?
Miejscowości Fiskardo, bo trochę podobna do Assos, choć położona na nadmorskim wypłaszczeniu. Między tymi dwoma miejscowościami trwa rywalizacja o pierwszeństwo na wyspie. Fiskardo jest odrobinę bardziej prestiżowe. Tam podobno przypływają swoimi jachtami celebryci. Assos wydało nam się bardzie swojskie i tajemnicze, stąd wybór.
Czego jeszcze nie zobaczyłam? Pewnie jakiejś kolejnej, urokliwej plaży, choć wiem że wszystkie są do siebie podobne.
Co ważne, nie wróciłam z listą zaliczonych atrakcji. Wróciłam z głową pełną błękitu, szumu fal i przekonaniem, że największym luksusem dzisiejszych czasów, jest po prostu nigdzie się nie spieszyć.
Jestem wdzięczna za każdą minutę czasu na tej wyspie. Również mojej przewodniczce.
Julusiu,
Dziękuję, że Twoja dusza właśnie mnie wybrała.

Dziękuję i Tobie, że tutaj jesteś i za to, ze mogę z Tobą dzielić się tym co mnie w życiu cieszy.
Co dalej?
Już coś mi w głowie kiełkuje…
Do następnego razu
Z miłoscią
Anja
4 komentarze
Pięknie to opisałaś Aniu.
Cudowna podróż,widoki…
Na końcu się popłakałam.
Powinnaś wydać jakąś książkę…
Dziękuję Kasiu.
Książka?
Hmm, jeszcze nie…
Aniu, zachęciłaś mnie tym pięknym i szczegółowym opisem.Może kiedyś zabierzesz mnie w kolejną podróż.
Kto wie!
Może nam się uda 😘