Cudze chwalicie, swego nie znacie.
To tak a propos tego, że miał się najpierw pojawić wpis rowerowy o czeskich górach Jesionikach. I pojawi się, bo naprawdę warto je odwiedzić.
Dziś jednak będzie o czymś innym. Może o tym co czasem Wszechu do Ciebie gada…i czy słyszysz te opowieści.
Spontaniczny weekend w Gorcach
Wyjazd był nieplanowany, dość spontaniczny jak na moje możliwości. Jestem raczej CTRL C, CTRL V, jak lubi mówić o mnie moja córka – stara, „dobra” kontrola, która co jakiś czas daje o sobie znać. Ciągle uczę się odpuszczać i przyjmować od życia to, co przynosi. Nie zawsze mi to wychodzi.
Nadszedł ciepły weekend, choć poprzeplatany deszczem i burzami. Dobrze, że pada. Ziemia potrzebuje wody. Zdecydowanie przyjemniej jest jednak wtedy, gdy po deszczu temperatura rośnie i można poczuć prawdziwe lato.
A lato sprzyja spontanicznym decyzjom.
Jeśli spontan, to do dzieła. Padło na Gorce. Blisko, zaledwie około dwóch godzin drogi z Bielska-Białej. Nocleg był już ogarnięty. Rano wstaliśmy gotowi do wyjazdu, sprawdziliśmy prognozę pogody i… w Bielsku miał być upał, a w Gorcach do godziny 14.00 zapowiadano burze.
Ups. Prognoza zdążyła się zmienić.
Pomyślałam wtedy, że bardzo potrzebuję tego weekendu. Dla siebie, ale też dla nas – dla naszej relacji, dla czasu spędzonego razem z dala od codzienności. Z drugiej strony pojawiła się myśl: „Wszechu, co Ty właściwie próbujesz mi powiedzieć?”.
W oczekiwaniu na poprawę pogody podjęliśmy decyzję, że jednak jedziemy. Tyle że trochę później.
Konina – spokojna baza wypadowa w Gorcach
Padło na Koninę, niewielką miejscowość w gminie Niedźwiedź. To doskonała baza wypadowa do odkrywania Gorców. Wystarczy ruszyć drogą wspinającą się ponad wieś, by znaleźć się w otoczeniu lasów Gorczańskiego Parku Narodowego.
Poczułam ogromną radość, widząc las, w którym niemal nie widać śladów ludzkiej ingerencji. Oczywiście są drogi i leśne dukty, ale wciąż można tu doświadczyć czegoś coraz rzadszego – poczucia dzikości i naturalnego rytmu przyrody.
To właśnie widok lasów w mojej okolicy boli mnie najbardziej. Coraz więcej dróg do zwózki drewna przecina zbocza i doliny.
Tutaj było inaczej. Po ulewnym deszczu zewsząd spływały małe strumienie. Pachniała mokra ziemia, szumiała woda, a wilgotne powietrze niosło ten charakterystyczny zapach lasu, który zawsze działa na mnie kojąco. Do tego stare drzewa liściaste, światło przebijające się przez korony i ta odrobina baśniowości, której w moim lesie już dawno brakuje.
Mieliśmy ambitniejsze plany rowerowe i konkretną trasę, której tego dnia nie udało się zrealizować. Ale to, co zastaliśmy po drodze, wypełniło nas po czubek głowy. Mimo wszystko przejechaliśmy około 20 kilometrów, a dzięki najdłuższym dniom w roku nie musieliśmy martwić się powrotem po zmroku.



Co dalej?
Przyjemny wieczór z pięknym widokiem. Godziny rozmów i rozkmin z moim ukochańcem. Ostatnio jakoś trudno było nam znaleźć czas na rzeczy naprawdę ważne. Bardzo tego potrzebowaliśmy.
Rowerem z Koninków w kierunku Turbacza
Poranek przywitał nas kolejną niespodzianką. Pełne zachmurzenie i pomruki burzy gdzieś w oddali.
Z map pogodowych wynikało jednak, że burza powinna przejść innym szlakiem. Deszcz miał zostać, ale najważniejsze było to, że nie groziła nam burza wysoko w górach.
Pomyślałam, ze w końcu nie jesteśmy z waty, więc spróbujemy.
Z naszego apartamentu ruszyliśmy w kierunku Poręby Wielkiej, a następnie do Koninków. Tam zostawiliśmy samochód na dużym parkingu. Pogoda była niepewna, ale postanowiliśmy spróbować.
Na parkingu stało zaledwie kilka aut. Najwyraźniej spotkali się tu sami podobni nam szaleńcy. Swoją drogą, trudno mi sobie wyobrazić tłok na szlaku, gdy cały ten ogromny parking jest wypełniony samochodami.
Praktyczna informacja dla planujących wycieczkę: parking kosztował 30 zł za dzień, a bilet wstępu do Gorczańskiego Parku Narodowego 10 zł od osoby.
Ruszamy.
Naszym celem był Turbacz (1.310 m n.p.m.) – najwyższy szczyt Gorców.
Pogoda nie pogarszała się, nie padało. Minęliśmy ośrodek narciarski wraz z dolną stacją kolejki i skierowaliśmy się na czerwony szlak rowerowy. Szeroki leśny dukt prowadził łagodnie pod górę. Po drodze mijaliśmy wartkie górskie potoki i małe leśne bajorka. Było cudownie. Lekko mgliście, ale właśnie taka aura ma w sobie coś magicznego.
Z każdym kilometrem niebo robiło się coraz jaśniejsze. Ku naszej ogromnej radości.
Tobołów i pierwsze widoki
Kiedy dotarliśmy na Tobołów (994 m n.p.m.), gdzie można również wjechać kolejką linową, słońce świeciło już pełną mocą. Chwila na celebrację widoków i zwykłą radość z tego, że jednak zaryzykowaliśmy wyjazd.



Jedziemy dalej.
Szlak rowerowy na moment zmienia kolor na żółty, by po chwili znów wrócić do czerwonego. Dukt leśny raz przypomina wąską ścieżkę, raz szeroką drogę. Czasem jest błotnisty, czasem pełen korzeni, czasem kamienisty.
A ja chłonę wszystko jak mała dziewczynka.
Zapach lasu. Wilgoć. Dzikie kwiaty. Widoki. Światło przebijające się przez korony drzew.
Błoto przestaje mieć znaczenie, kiedy czujesz, że dostałaś ten dzień w prezencie.



Dlaczego nie dotarliśmy na Turbacz
Wznosimy się coraz wyżej.
Droga robi się bardziej kamienista i bardziej wymagająca. W pewnym momencie muszę zejść z roweru i przez chwilę prowadzić mojego rumaka.
Po chwili jedziemy dalej.
Jest stromo. Kamienie nie odpuszczają.
Nagle słyszę głośne trach!
Wołam do Maćka:
– Łańcuch?
– Gorzej.
Przerzutka wygięła się i weszła w szprychy.
No i wszystko stało się jasne.
Po chwili walki z zaplątaną przerzutką udało się uwolnić koło. Niestety dalsza jazda była niemożliwa.
Mijające nas turystki powiedziały, że do Turbacza został może kilometr, a najgorszy kamienisty odcinek zaraz się skończy.
Stanęliśmy przed wyborem.
Za nami było już jakieś 1,5 godziny pedałowania. Przed nami dalsze podejście pod górę z uszkodzonym rowerem.
Próbować? Pchać? Walczyć do końca?
A może odpuścić?
Zrezygnowaliśmy.
I chyba właśnie tego też trzeba się nauczyć.
Pokory.
Przyjęcia, że nie wszystko musi skończyć się zdobyciem szczytu. Że nie trzeba za wszelką cenę udowadniać sobie, że da się radę.
Już nie.

Czasem najważniejsze jest razem
Wracaliśmy przez błoto i leśne dukty. Koło na szczęście zostało odblokowane, więc mój mąż mógł zjeżdżać w dół, a gdy szlak lekko wspinał się pod górę, Maciek łapał mnie za bark. Dodawałam gazu i jechaliśmy razem.
Wtedy zrozumiałam…
Nie chodziło o Turbacz.
Nie chodziło o zdobycie kolejnego szczytu.
Nie chodziło nawet o rowery.
Chodziło o nas.
O czas, którego ostatnio tak bardzo nam brakowało.
O rozmowy.
O wspólną drogę.
I o to, że czasem najważniejsze nie jest dotarcie do celu, ale przypomnienie sobie, dlaczego idzie się razem.
Przerzutka jest już w naprawie.
A Turbacz?
Turbacz cierpliwie na nas poczeka.

Co dalej, może Jesenik, a może coś innego.
Ctrl C, Ctrl V? Może już niekoniecznie!
Z miłością
Anja
No responses yet