Na pierwszy rzut oka, mogłoby się wydawać, że rower i joga, to całkiem odległe światy, bo przecież nie ustawiasz na rowerze psa z głową w dół. To jakby prawda, ale nie o to tutaj chodzi.

Kiedyś Sat Guru powiedział, że wszystko jest jogą.  Miał na myśli każdą czynność, którą codziennie wykonujesz z uważnością.

Zatem kiedy rower spotyka się z jogą?

Okazuje się, że na wielu płaszczyznach, począwszy od tej fizycznej po mentalną, duchową i energetyczną.

CIAŁO

Ta cielesna jest chyba najbardziej oczywista. Jazda na rowerze wpływa na koordynację ruchu, tak samo jak pozycje równoważne w jodze. Na rowerze wzmacniasz np. mięsień czworogłowy uda, który i w wielu asanch pracuje. To czego po rowerze potrzebujesz, pod warunkiem, że był to mocny trening, to rozciągnięcia uda i tutaj joga może być znowu pomocna. Na rowerze bardzo dobrze pracują mięśnie grzbietu, obręcz barkowa, nadgarstki, stawy biodrowe. To wszystko jest raczej jasne. Zresztą czujesz doskonale, które partie mięśni pracują, zazwyczaj na początku masz zakwasy w tych częściach ciała.

To na co chciałabym tutaj zwrócić uwagę, to czucie ciała. Lubię obserwować ciało i to jest mega jogiczne. Jedziesz na rowerze, ale czujesz te stopy naciskające pedały, czujesz jak pracują kolana, czujesz jak biodra -największe stawy, poruszają się rytmicznie, czujesz jak napina i rozluźnia się udo, czujesz być może że miednica zbyt bardzo poszła do przodopochylenia, więc możesz ją delikatnie odchylić w przeciwnym kierunku-wtedy zabezpieczysz odcinek lędźwiowy – jogiczne to prawda? Albo popatrz, kiedy jedziesz pod górę, pochylasz się do przodu, wydłużasz kręgosłup, czujesz to też w dolnych plecach. I na odwrót kiedy zjeżdżasz, zwłaszcza ze stromego zbocza, wycofujesz ciężar ciała do tyłu, jednocześnie zaokrąglając plecy, co bezpośrednio wpływa na podwinięcie ogona.

Co dalej, podczas jazdy możesz wydłużyć kręgosłup-czubek głowy tym razem nie do sufitu, ale do nieba. Barki możesz lekko wycofać do tyłu, delikatnie otwierając klatkę. Nadgarstki trzymasz odpowiednio ułożone – wygięte nadwyrężają stawy. Dłonie zaciśnięte na kierownicy, dają poczucie bezpieczeństwa. 

Jadąc po płaskim terenie, możesz praktykować na rowerze dwie asany krowę i kota (z sanskrytu: Bitilasana i Marjaryasana)  Oczywiście odpowiednio zmodyfikowane. Podczas dłuższego dystansu daje to ulgę plecom, górnym i dolnym. Nie zapominaj o dołączeniu oddechu. Wdech do krowy, wydech do kota. Wtedy taka praktyka staje się prawdziwą winjasą 😍

Czujesz to?

Taka obserwacja ciała może zaprowadzić Cię do miejsc, które nadmiernie napinasz, tak jak w trakcie praktyki jogi. Takie napięte miejsce możesz próbować świadomie rozluźniać. Jestem osobą pracującą przy komputerze, więc dla mnie słabym ogniwem jest obręcz barkowa i kark. Poza tym nie lubię sportów ekstremalnych i jak pojawia się jakiś bardziej stromy i często w górach kamienisty grunt, to moja klatka się zamyka, barki napinają. I choć jest to faktycznie trudniejszy fragment trasy i może rodzić strach, to myślę że ciało rozpoznaje również reakcję lękową, która pochodzi bardziej z podświadomości. Po takim zjeździe potrzebuję odrobinę wyciszenia układu nerwowego.

ODDECH

Na rowerze, jak i w trakcie praktyki na macie dobrze byłoby oddychać przez nos. Kiedy zaczynasz wspinać się pod górę, tętno wzrasta, możesz napotkać trudność w oddychaniu. Jakość Twojego oddechu wymaga niestety konsekwentnej praktyki, a trening czyni mistrza. Kiedy już uda Ci się osiągnąć ten stan, to oddech w trakcie jazdy może stać się prawdziwie świadomą praktyką oddechową, a nawet pranajamą, która nie tylko dotlenia Twoje komórki, ale także rozprowadza pranę, czyli życiodajną energię po całym Twoim organizmie. Oddech, tak jak w jodze rozluźnia napięcia i wycisza układ nerwowy, wiec jeśli poczujesz tak jak ja czasem stres przy zjeździe ze stromej góry, czy też jakieś napięcie w ciele, to spróbuj uruchomić układ przywspółczulny, ten odpowiadający za wyciszenie układu nerwowego, przy pomocy spokojnego wydłużonego wydechu. Tak jak w trakcie praktyki jogicznej. Przypomnij sobie wtedy swoją nauczycielkę jogi, która powtarza: drogie panie nie zapominamy o oddechu.

 

MENTAL

Jazda rowerem bywa też pracą mentalną. Dla mnie, kiedy teren zaczyna się unosić i zaczyna się robić trudnawo. Wtedy umysł lubi zacząć projektować po swojemu, już nie dasz rady, olaboga po co mi to, mogłam się położyć na hamaku, albo już nie dam rady itp., itd.

Co wtedy?

To zależy. Możesz zakończyć trasę, ale możesz też pogadać ze swoim umysłem, bo to czy dasz radę nie zależy od jego projekcji, ale od Twojej woli, siły wytrwania i pracy nóg. Pewnie przydałoby się też popracować ze swoimi niewspierającymi przekonaniami. Następnym razem, kiedy usłyszysz w swojej głowie ten głos: już nie mam siły, to możesz spróbować z nim pogadać, albo raczej dać mu kontrę – ależ dam radę jeszcze tylko 300m, 200m, 100m, o już jestem! 

Projektujący umysł manipuluje nami w każdej sytuacji życiowej, więc i na rowerze również. Ba! Czasem i na jodze. Bywa, że w swojej praktyce kundalini jogi, kiedy trzymam ręce uniesione do góry, w konkretnym ustawieniu  przez np. 5-10 min, czuję że już nie daję rady. Ciało się napina i coraz trudniej jest utrzymać pozycję. Wtedy umysł oczywiście gada, po swojemu. Pytanie, czy jesteś swoimi myślami? Ty decydujesz, co chcesz z tym zrobić. Próbujesz rozluźnić odrobinę ciało, nie walczyć z nim, dodajesz świadomy oddech i podejmujesz decyzję, że idziesz w to dalej…Satysfakcja gwarantowana. To wszystko jest bardzo jogiczne, dbać o siebie, nie dowalać, ale wyznaczać sobie małe cele i oczywiście dążyć do ich zrealizowania. W każdej sytuacji. Nie tylko na rowerze, jodze, ale przede wszystkim na co dzień.

Taką praktykę z sanskrytu nazywamy tapas. To dyscyplina i oczyszczający zapał, taki wewnętrzny żar, który spala fizyczne i mentalne blokady.  Odnosi się do wysiłku i samokontroli, które pozwalają przekraczać własne słabości oraz uwalniać ciało i umysł od nawyków, czy toksyn.

BALANS

W każdym przypadku trzeba znaleźć balans, do przodu ale nie po trupach. Jestem już zwolenniczką dbania o organizm holistycznie, ale nie zawsze tak było. Kiedyś jeździłam 50 km trasy rowerem analogowym. Tak chyba prawie 30 lat. Czasem za dużo, czasem trochę zbyt ciężko. Zawsze pełna satysfakcji. Bywało jednak, że sobie dowalałam, żeby udowodnić sobie(?), może komuś (?), dzieciom pokazać że dam radę, dać im przykład że nie ma co się poddawać. Pewnie można byłoby tutaj więcej napisać, ale to już minęło.

Wiele lat jogicznej i mentalnej pracy przywróciło mnie do siebie, do mojego wnętrza. Teraz już nie pędzę, nie rywalizuję, czuję więcej, jestem. Kupiliśmy sobie z Maćkiem elektryki, co by było łatwiej. To też, ale przede wszystkim żebym mogła wyjechać wyżej, tam gdzie wcześniej nie mogłam dać sobie rady. Czy dalej? Zamiast 50 km, np. 80 km? Nie, wręcz przeciwnie bywa, że mniej,  a na pewno wolniej. Nie ścigamy się już z czasem. Bywa, że podpinamy dziecięcą rikszę, która została nam po starych czasach, pakujemy do niej koc, jakiś prowiant, książki i jedziemy przed siebie. Zatrzymujemy się w jakimś pięknym miejscu i relaksujemy się tak naprawdę. Trochę czasu zajęło nam, żeby się tego nauczyć. Bywa, że nadal czasem nie wychodzi… Co ważne, fajnie jest mieć kogoś z kim się dzieli pasję. Jestem wdzięczna mojemu mężowi, za to że zawsze dbał o ruch w naszej rodzinie i nadal to robi, choć już tylko dla mnie i siebie.

I tutaj przychodzi czas na medytację. Jadąc rowerem wybieram trasy w naturze. Mieszkam tuż u podnóża Palenicy w Beskidach, stąd wyjeżdżając z domu zaraz ląduję w lesie, i po niewielkim czasie mogę się już wspinać do góry. Szczęściara ze mnie!

Uwielbiam też trasy biegnące wzdłuż rzek, groble pomiędzy jeziorami, trasy przecinające lasy i pola. Rytmiczne tempo jazdy działa na mnie jak powtarzająca się mantra, a krajobraz dookoła spowalnia fale mózgowe, wycisza układ nerwowy, zatrzymuje Cię w tej danej chwili. Przestajesz rozpamiętywać to co było wczoraj i nie planujesz tego, co będzie jutro. Jesteś w tej chwili, w tym miejscu…Czysta obecność.

Uruchamiasz zmysły, które w zagonionym dniu codziennym, być może przestajesz czuć. Nagle okazuje się, ze zauważasz piękno dookoła, czujesz zapach lasu i słyszysz jego dźwięki. Ładujesz się energią przyrody, czujesz połączenie.

To już jest wstęp do medytacji, a może i dla wielu już medytacja. Próbuj się w tym zatracić.

Ciśniesz na swoim rumaku, czując na twarzy podmuch wiatru, ciepło słońca i radość w sercu. I kiedy tak pozwalasz sobie płynąć z  rytmem życia, pojawia się WOLNOŚĆ…

To kiedy u Ciebie rower spotyka się z jogą?

 

Pojawią się też na blogu opowieści z wypadów rowerowych.

Dziękuję, ze jesteś i zapraszam do zajrzenia tutaj ponownie.

 

Z miłością

Anja

 

 

No responses yet

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *