Są takie wakacje, po których wracasz z głową pełną miejsc, które udało się zobaczyć. I są takie, po których wracasz przede wszystkim z poczuciem, że przez te „kilka” dni naprawdę byłeś blisko natury.
Dla mnie ten wyjazd do Bawarii był właśnie taki.
Nie chodziło o to, żeby zobaczyć jak najwięcej. Bardziej o to, żeby każdego dnia gdzieś pojechać, trochę pojeździć na rowerze, przejść się, zatrzymać przy jeziorze, zajrzeć do małego miasteczka, a czasem po prostu usiąść i popatrzeć.
I chyba właśnie dlatego najbardziej zapamiętam nie konkretne atrakcje, ale drogę pomiędzy nimi.
Rowerem przez zieloną Bawarię
Allgau zachwyciło mnie od pierwszego dnia. To niewielki region u podnóża Alp, rozpoczynający się tuż przy granicy ze Szwajcarią. To przecudowny krajobraz, zielone, łagodne pagórki, rozległe łąki, pojedyncze gospodarstwa, a w tle coraz wyższe góry. Kiedy na koniec wyjazdu Maciek zapytał mnie, co zabieram ze sobą, to bez wahania odpowiedziałam, że wrażenia z pierwszej trasy rowerowej, właśnie z okolicy naszego pierwszego noclegu w Maierhofen. Niezwykły zachwyt zielonymi pagórkami, wijącymi się przez nie ścieżkami i spotkaniami w oko w oko z pasącymi się swobodnie stadkami krów.
Jeżdżąc na rowerze przez okolice Maierhofen, Fussen, czy Oberstdorfu, można godzinami patrzeć na ten niezwykły układ zieleni, gór i małych przysiółków, a w nich gospodarstw, wyłaniających się za kolejnym zakrętem. Rower pozwala zobaczyć Bawarię trochę inaczej, często miejsc do których większość ludzi po prostu nie dociera. Możesz poczuć ją taką, jaka jest naprawdę, z daleka od najpopularniejszych miejsc turystycznych.
W sumie przejechaliśmy ok. 250 km pięknymi trasami. Przeciętnie ok. 40 km. I nie chodziło o to aby dotrzeć jak najszybciej do celu, ale żeby smakować tego, co po drodze.
Ścieżki rowerowe w Niemczech są świetnie przygotowane, od tych ciągnących się przez łąki i pagórki, wokół miasteczek, poprzez kotliny, aż po górskie szczyty. Często są asfaltowe, ale też i szutrowe albo całkiem leśne. Zresztą można zrobić też sporo kilometrów, wybierając lokalne drogi, na których jest nieznaczny ruch samochodowy. Na ścieżkach asfaltowych jest dosyć tłoczno, jak np. w okolicach Oberstdorfu, ale wiadomo że popularne skocznie przyciągają tłumy turystów. Wyjechaliśmy taką ścieżką ok. 20 km pod górę, aż do wysokości ok. 1300 m n.p.m. Większość pozostałych tras, które przygotował mój mąż, prowadziły już w całkiem innym klimacie. Często byliśmy sami, sporadycznie pojawiał się jakiś rowerzysta, częściej turyści piesi. Krajobraz Allgau jest łagodniejszy w stosunku do naszej drugiej destynacji w maleńkim miasteczku Wayern, położonym bardziej na wschód Górnej Bawarii i bliżej Alp wysokich. Kierując się jeszcze bardziej na południe Maciek przygotował kilka tras w okolicy Tegernsee, Schliersee i Bad Tolz, gdzie Alpy sięgają już do ok. 1800 m. Tutaj krajobraz się wyostrza, pojawiają się górskie jeziora i wartko płynące rzeki.




W Garmisch-Partenkirchen krajobraz zmienia się całkowicie. Łagodne pagórki ustępują miejsca wysokim górom. Widoki stają się bardziej surowe, a nad wszystkim góruje Zugspitze – najwyższy szczyt Niemiec o wysokości prawie 3000 m. Dojechaliśmy do podnóża tego szczytu, do jeziora Eibse, z którego podobno roztacza się niezwykła panorama na Zugspitze. Niestety, jak to w górach często bywa, pogoda potrafi płatać figle. Choć prognoza nie przewidywała zachmurzenia, to nad nami wisiały gęste chmury. Zatem nie zobaczyliśmy tego widoku. Można sobie tylko wyobrazić, jakie może robić wrażenie. Z tego również miejsca możesz wyjechać kolejką linową na samą górę lub kolejką zębatą (taką jak na Gubałówkę) na lodowiec Zugspitzeplatt, sto metrów poniżej szczytu. Rozważaliśmy taką ewentualność, ale nie mieliśmy pewności, czy byłoby widać cokolwiek na górze. Wyjazd na górę to dość ekskluzywny wydatek w wysokości prawie 80 EUR od osoby.
Sporo też w tej okolicy górskich szlaków dla pieszych. Prawdopodobnie niezwykle urokliwych, ale jak sądzę bardzo już wymagających.



Woda, która ma kolor gór
Bawaria zachwyca również wodą. Wartkie rzeki spływające z Alp, małe potoki, wodospady i jeziora, których kolor potrafi zupełnie zaskoczyć.
Taka właśnie jest rzeka Lech, o swojsko dla nas brzmiącej nazwie, przepływająca przez Algau. Zachwyca kolorem, którego trudno się spodziewać po rzece. Turkusowo-zielona woda ma swój początek wysoko w Alpach. Wody roztopowe niosą ze sobą drobniutkie cząsteczki minerałów, które rozpraszają światło i nadają rzece ten niezwykły, mleczno-turkusowy odcień. Do tego dochodzi jasne, wapniowe dno, które dodatkowo wzmacnia wrażenie turkusu. Wygląda to niesamowicie.

W Górnej Bawarii jest, aż 147 jezior. My mieliśmy możliwość podziwiania tylko kilku. Od tych większych, spokojniejszych, otoczonych pagórkami, górami i miasteczkami, jak Tegernsee, po najbardziej urokliwe i zaskakujące formy, położone w wyższych partach gór. Alpejskie jeziora są również turkusowe. Mijaliśmy w drodze kilka takich miejsc. Jedno z bardziej szczególnych, to Jezioro Eibsee pod Zugspitze. Zachwyciło nas mimo chmur, ale kiedy pogoda jest idealna, to szczyty odbijają się w jego tafli. Wow! Czy jesteś w stanie, to sobie wyobrazić?




W poszukiwaniu pięknych zakątków zawędrowaliśmy do „bawarskiej Narni”. Tak właśnie się tutaj poczułam. Bujna roślinność, wilgotne powietrzne, tajemnicza energia. To Eistobel – skalisty wąwóz niedaleko Maierhöfen, przez który płynie rzeka Obere Argen. Woda przez tysiące lat wyrzeźbiła tutaj skały, tworząc kaskady, małe wodospady, naturalne baseny i skalne ściany. Prawdziwie baśniowy klimat. Tutaj piękno odkrywa się krok po kroku. Idziesz wzdłuż rzeki, słuchasz szumu wody, patrzysz na skały, drzewa i kolejne kaskady. I znowu rodzi się poczucie, że w Bawarii najciekawsze rzeczy znajdują się trochę obok głównych dróg. Kilka minut siedzenia nad rzeką bez większego planu. Jest cudownie!



Zamki Ludwika II – baśń, marzenie i trochę rozczarowania
Nie da się być w tej części Bawarii i nie zetknąć się z historią Ludwika II.
Najpierw Linderhof.
Choć nie przepadam za barokiem, to muszę przyznać że miejsce to może zrobić duże wrażenie. Niewielki pałac, ogromna wyobraźnia jego twórcy, przepych wnętrz i niezwykły park, w którym rzeczywistość miesza się z teatralną scenografią. Linderhof jest jedynym z pałaców Ludwika II, którego budowę król doprowadził do końca.
Potem Neuschwanstein.
Zamek, który chyba każdy już gdzieś widział. I rzeczywiście – położenie jest bajkowe. Stoi wysoko nad wąwozem, z widokiem na góry, a jego sylwetka stała się jednym z najbardziej rozpoznawalnych obrazów Bawarii. Nie dziwi więc, że miejsce przyciąga tłumy. Wizerunek zamku mocno zakorzenił się również w kulturze popularnej i baśniowej estetyce kojarzonej z Disneyem. Ale właśnie tutaj pojawiło się moje pierwsze większe rozczarowanie. Bawaria ma tak wiele pięknych miejsc, które nie potrzebują tłumu, żeby zachwycać. Zamek jest pięknie położony, ale czy warty tego szaleństwa? Hmm, był akurat elementem trasy rowerowej tego dnia, ale czy miałabym go polecić? Raczej nie.
Trzecim wielkim projektem Ludwika II było Herrenchiemsee – jego bawarska wersja Wersalu, zbudowana na wyspie Herreninsel na jeziorze Chiemsee. Pałac miał być hołdem dla Ludwika XIV, a rozmach przedsięwzięcia był ogromny. Po śmierci Ludwika II w 1886 roku budowa pozostała niedokończona.
Te trzy miejsca pokazują chyba coś bardzo charakterystycznego dla Ludwika II. On nie budował po prostu pałaców. Budował swój mocno odrealniony świat, na miarę imperium którego nie reprezentował. Jego przedwczesna śmierć jest owiana wieloma wątpliwościami.



Monachium – kiedy natura ustępuje miejsca sztuce
Na dwa dni krajobraz zielonych wzgórz i gór zamieniliśmy na Monachium. Stara Pinakoteka, katedra Frauenkirche, imponujący Nowy Ratusz, wąskie uliczki starego miasta i wreszcie Nymphenburg.
Stara Pinakoteka była zaplanowana już w Boże Narodzenie, kiedy Maciek dostał od aniołka 😉 album z obrazami tej galerii. W miejscu tym możesz podziwiać dzieła artystów z całej Europy z okresu do XVII wieku. To był prezent dla mojego męża. Ja osobiście nasyciłam się malarstwem tego okresu podczas naszych ostatnich wyjazdów do Brukseli, czy Amsterdamu. Relacje z tych podróży również możesz znaleźć na moim blogu. To co mnie bardziej interesowało to galeria Nowa Pinakoteka, w której możesz obejrzeć malarstwo od XVIII w. Niestety w tym roku nie było takiej możliwości, ze względu na jej modernizację. Tylko niewielka część dzieł została przeniesiona do starej galerii. No cóż, bywa i tak.


Monachijskie Stare Miasto to miejsce, w którym historia spotyka się z codziennym życiem – place, kościoły i kamienice przeplatają się tu z kawiarniami, sklepami i ulicznym gwarem. Lubię się trochę poplątać bez celu. Wystarczy iść przed siebie i pozwolić, żeby miasto samo prowadziło od jednego zaułka do drugiego. I tak wędrując trafiłam na Plac Nowego Ratusza dokładnie w momencie, w którym zegar na wieży ratuszowej zagrał melodię, a tańczące figurki opowiadały historię Monachium. I uwaga odbywa się to tylko o 11 i 12 a w lecie dodatkowo o 17:00.


Pałac Nymphenburg szczególnie dobrze pokazuje skalę bawarskiego świata. To ogromna rezydencja, największa w tym rejonie Europy. Stylizowana na włoskich budowlach i rozbudowywana prze 200 lat. Jak na swój olbrzymi rozmiar, to przyznam że sal udostępnionych do zwiedzania jest niewiele, eksponatów również. W pawilonach bocznych jest ekspozycja porcelany i powozów. Wokół rozległy park, jezioro, kanały przestrzeń leśna, która pozwala zapomnieć, że jest się w środku dużego miasta. I znowu to poczucie – nie trzeba się spieszyć.
Można przejść przez muzeum, wyjść do ogrodu, który jest całkowicie dostępny dla gości i stanowi zielone płuca miasta. Można usiąść gdzieś po drodze i patrzeć. To chyba najbardziej lubię w takich podróżach, że nawet wtedy, kiedy jedziesz do dużego miasta, możesz znaleźć miejsce, w którym wszystko zwalnia.




Małe miasteczka, w których masz ochotę odpocząć.
Jeśli chodzi o miasta, Bawaria ma też swoją drugą twarz – tę bardziej kameralną, którą bardziej wolę od wielkiego Monachium. To małe miasteczka, jak Isny, Füssen, Obersdorf, Oberammergau, Bad Tölz i dziesiątki małych miejscowości, przez które przejeżdżaliśmy właściwie trochę bez planu. Nie ma w nich wielkich atrakcji, czy zabytków do zwiedzenia. Życie jednak tutaj biegnie jakby trochę wolniej. Czuć autentyczność. Podoba mi się ich architektura, ale jeszcze bardziej podoba mi się to, że ona nie jest oderwana od codziennego życia.
Tradycyjne bawarskie domy, kolorowe fasady, drewniane balkony, okiennice, kwiaty w oknach i na balkonach, na wsiach stodoła, przylegająca do domu, gospodarstwo, krowy albo łąka.
Nie jest to dekoracja przygotowana dla turystów. To nadal jest czyjś dom i czyjeś gospodarstwo. I właśnie dlatego ten krajobraz jest tak przyjemny. Jest w nim coś sielskiego. Sporo niemieckiego porządku i tradycji.
Można przejechać przez taką miejscowość, zwolnić, zatrzymać rower, wypić kawę i przez chwilę po prostu pobyć.






Alm – tam, gdzie zaczyna się inna Bawaria
Alm, to właśnie te górskie pastwiska, na których latem pasą się krowy. Widzi się je na każdym kroku – na zielonych zboczach, wysoko w górach, czasem przy małej drewnianej chacie, czasem zupełnie samotne na tle Alp. Te zielone zbocza, krowy, drewniane gospodarstwa i niewielkie górskie chaty są czymś więcej niż tylko pięknym obrazkiem.
Z Alm związane są również lokalne sery – produkowane z mleka krów, które spędzają lato na górskich pastwiskach. W Allgau tradycja produkcji sera jest szczególnie silna i do dziś można znaleźć niewielkie gospodarstwa oraz alpejskie serowarnie, gdzie lokalne produkty powstają blisko miejsca, z którego pochodzą. Miałam okazję posmakować lokalnych serów. Bywa, ze są dojrzewające przez 4-6 miesięcy, ale też półtwarde, otoczone ziołami czy odrobinkami jadalnych kwiatków. Dla miłośników smakowania, to raj.
Lubię to, ze krajobraz, jedzenie i codzienne życie nie są tutaj od siebie oddzielone. Krowa pasąca się na łące nie jest tylko elementem pocztówkowego widoku. Jest częścią gospodarstwa, tradycji i całego systemu, który przez pokolenia tworzył ten krajobraz.
A kiedy jedziesz rowerem przez te zielone wzgórza, mijasz kolejne gospodarstwa i słyszysz dzwonki krów, zaczynasz patrzeć na tę scenerię trochę inaczej. Nie jak na dekorację, ale jak na żywe miejsce.
Nie mogę nie wspomnieć o dzwonkach krów. Kiedy mijasz pierwszą krowę i słyszysz delikatne pobrzękiwanie, to traktujesz to jaką atrakcję, ale kiedy znajdujesz się w miejscu, w którym pasie się sporej wielkości stado, to zauważasz że coś jest nie tak. Mnie samej ten nadmiarowy dźwięk zaczął przeszkadzać, a co dopiero tym biednym zwierzętom, którym coś dudni zaraz koło głowy. Pierwsza myśl, która przychodzi, przecież to rozwala im mózg i układ nerwowy. Poczytałam trochę na ten temat i okazuje się, że dzwonki mimo tradycji, są powoli zastępowane urządzeniami gps. Niestety te prace idą chyba dość wolno.


Co jeszcze w drodze?
Żyćko. Kilka kadrów napotkanych mimochodem. Kwiaty w ogrodzie. Krokusy na łące!!! Kwiatek walczący o życie w trudnym gruncie. Plantacja kwiatów, w której możesz samodzielnie uciąć sobie wybrane kwiatki oraz zapłacić za nie do skrzynki, nazwanej kasą. U nas rzecz nieprawdopodobna! Albo jabłka w worku przed ogrodzeniem, z informacją poczęstuj się lub stoisko z domowymi konfiturami, na skraju lasu – samoobsługowe. Maciek nie przechodzi obojętnie obok słodkich rzeczy, więc oczywiście nabył. Książki wystawione przed furtką, aby mogły znaleźć nowy dom. I ławeczki, mnóstwo ławeczek, zazwyczaj z pięknym widokiem. Wszędzie, w dolinach, na wzgórzach, przy szlakach turystycznych w górach. Ławeczki zapraszające Cię do tego żeby odpocząć.






Czy Bawaria to tylko kiełbasa?
Dla mnie, jako wegetarianki, tradycyjna bawarska kuchnia nie jest dostępna. Jest mocno oparta na mięsie, kiełbasach i cięższych daniach. Rządzi Wiener Schnitzel, co to u nas nazywa się kotletem. Do tego piwo, które jest tutaj niemal osobną kategorią kulinarną. Bardzo męskie to tradycyjne jedzenie. Dziękuję, ale ja jednak nie skorzystam. Co jeszcze, aha po Kartoffelsalat to zapraszam Niemców do mnie, może nauczą się ją serwować 😉
Na szczęście to środek Europy, więc nie mieliśmy problemu ze znalezieniem innych smaków. Trafialiśmy na świetne restauracje włoskie, hinduskie, a czasem na nowoczesną kuchnię niemiecką, która z lokalnych produktów potrafiła zrobić coś naprawdę ciekawego.
No i ciasto z wiśniami. Mam wrażenie, że można było je znaleźć wszędzie. Och, oczywiście BIO produkty – czyste szaleństwo, w tym zioła alpejskie, w różnych odsłonach- w kawiarni, jako ciepły napój, ale też jako lemoniada. Oj, bardzo mi to odpowiadało. Na zdjęciu poniżej tradycyjna, ale tym razem wegetariańska potrawa Kasespatzle, kluski serwowane z sosem serowym i prażoną cebulką. Obok nowoczesna kuchnia wege – ziemniak pieczony w kremowym sosie i góra przepysznej sałaty. Co wybierasz?




Nasz pobyt miał też swój domowy rytm. Dobre, całkiem wygodne apartamenty, piękne tarasy z widokiem. Miejsca, w których można było rano wypić kawę, zrobić swoją codzienną praktykę jogi, a wieczorem poczytać książkę.
Tego też potrzebuję na urlopie. Nie tylko zobaczyć i doświadczyć, ale też mieć przestrzeń, żeby pobyć ze sobą.

Bawaria. Piękno, które znajdujesz w drodze
Kiedy myślę o tym wyjeździe, nie układa mi się on w listę: Allgau, Oberstdorf, Garmisch-Partenkirchen, Tegernsee, Schliersee, Monachium, Linderhof, Neuschwanstein.
Bardziej widzę obrazy.
Zielone wzgórza i krowy pasące się wysoko nad doliną. Turkusową wodę Lechu. Cieple powietrze na twarzy i wolność którą daje rower. Mały bawarski dom z czerwonymi pelargoniami w oknach. Poranną jogę na tarasie. Ziołowy napar po drodze i kawałek ciasta z wiśniami. I góry, które pojawiają się nagle za kolejnym zakrętem.
Dlaczego tytuł: Bawaria. Piękno, które znajdujesz w drodze.
Bo najpiękniejsze rzeczy nie zawsze są celem. Czasem są w drodze i obok niej. Bardzo często są proste, jak możliwość zatrzymania się, oddech, cisza, góry, jezioro i poczucie, że nigdzie nie trzeba się spieszyć. Wspaniały czas. Czas pełen ruchu, ale bez pośpiechu. Z pięknymi miejscami, ale przede wszystkim z przestrzenią pomiędzy nimi. Celebracja każdego dnia. Nie trzeba było robić niczego wielkiego. Wystarczyło być uważnie tam, gdzie akurat byliśmy. Każdy z osobna i …
Razem

Co dalej? Wystawa malarstwa. Jeśli lubisz, to już wkrótce.
Dziękuję, że tutaj jesteś
Z miłością
Ania
No responses yet