Kocham tulipany!
Wybrałam jednak wyjazd do Amsterdamu, a nie Keukenof, na południu Holandii, który słynie z upraw tych kwiatów. Liczyłam jednak, ze skoro tulipan jest jednym z symboli Holandii, to i tutaj znajdę ich sporo. Niestety nie, większość to plastikowe pamiątki dla turystów albo cebulki pakowane w rozmaity sposób, również jako souvenir. Łapiąc trochę oddechu od szalonej energii tłumu, udałam się do Vondelparku, gdzie znalazłam niewielkie ich ilości, no i ku mojej radości piękne, pływające instalacje tulipanów. Zachwytom nie było końca!

Dlaczego Amsterdam?
Z różnych powodów, trochę jako kontynuację historyczną flamandzkiej podróży do Belgii, choć powinny one być chronologicznie ułożone na odwrót, bo to właśnie tutaj w Niderlandach miała miejsce wojna z Hiszpanią, w wyniku której doszło do podziału państwa na dwie części. W następstwie tego część południową dołączono do części walońskiej i tak powstało w 1830 r państwo belgijskie. Oj, to tak w ogromnym uproszczeniu. No nic, poukładałam sobie to wszystko w odpowiedniej kolejności.
Dlaczego jeszcze? Ponieważ zakochałam się w małym flamandzkim mieście w Belgii – Louven, które leży nad rzeką i kanałami. Bo zwiedzając Gandawę, która przypomina Amsterdam, zapragnęłam znaleźć się właśnie tutaj. Bo sztuka jest dla mnie i mojego męża ważna, a Holandia jest ojczyzną wielkich artystów, jak Rembrandt van Rijn, czy Vincent van Gogh.
Po kolei. Jeśli lubisz czytać moje blogi podróżnicze, to wiesz że lubię wrzucić tutaj jakiś tipy organizacyjne. Zatem. Tanie linie latają w świetnym układzie. Od czwartku, piątku do niedzieli, czy nawet poniedziałku. Te kilka dni pozwala, żeby zobaczyć to, co najbardziej Cię interesuje w Amsterdamie, ale jest stanowczo za mało, żeby zobaczyć pola tulipanów, czy prawdziwe życie Holendrów, z wiatrakami w tle. Chyba, ze odwrócisz potrzeby. Bardziej klimaty poza miastem, a Amsterdamu trochę. Wybór należy do Ciebie. Weź tylko pod uwagę fakt, iż Ryanair lata do Eidhoven, z którego podróż do Amsterdamu trwa ok. 2 godziny. Najpierw autobusem z lotniska do miasta, a później pociągiem ok. 1,5 do Amsterdamu. Pociąg kursuje dość często. Przy planowaniu podróży musisz uwzględnić koszt tego transportu, tj ok. 60 EUR za osobę, w obie strony. Po przyjeździe do Amsterdamu wychodzisz wprost na tętniące życiem miasto. Dworzec kolejowy Amsterdam Centraal mieści się w pięknym, neogotyckim gmachu wybudowanym w 1889 r. Sam w sobie jest już wizytówką miasta i leży pomiędzy morską zatoką i największym z kanałów. Obok dworca znajduje się bezobsługowa przechowalnia bagażu, w której możesz zostawić walizkę, w oczekiwaniu na zameldowanie w hotelu. Średnia skrytka, mieści dwie 10 kg. i kosztuje 16 EUR. Dla nas była to świetna opcja. Z wolnymi rękoma i otwartym sercem ruszamy dalej.
Najpierw krótki spacer i wzdłuż kanału w tłumie turystów, a następnie 5 min w kierunku głównego placu Dam. Dam (tama) odnosi się do zapory wodnej, która znajdowała się tutaj w przeszłości. Aktualnie miejsce służy do spotkań, uroczystości i protestów. Mieliśmy okazję obserwować protest przeciwko ludobójstwu Palestyńczykow. Przy placu tym znajduje się kilka ważnych atrakcji, z których wybraliśmy Pałac Królewski. Przypomnę Ci, ze Holandia to Królestwo Niderlandów, funkcjonujące jako monarchia konstytucyjna, dzieląc obowiązki wynikające z konstytucji pomiędzy dwoma stolicami. Rola administracyjno-rządowa jest realizowana w Hadze, gdzie znajduje się siedziba parlamentu, Sądu Najwyższego, Rady Stanu, siedziba monarchy a także istotne instytucje międzynarodowe, jak choćby Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości. Amsterdam zaś, pełni funkcję stolicy konstytucyjnej, gdzie odbywają się oficjalne uroczystości królewskie. Jest też największym miastem holenderskim, najchętniej odwiedzanym przez turystów, ze względu na swoje ciekawe położenie, bogatą historię i dziedzictwo kulturowe.


Pałac Królewski zbudowano w XVII wieku i pierwotnie stanowił siedzibę ratusza miejskiego. Rezydencją królewską stał się dopiero w XIX w. za czasów panowania Ludwika Bonaparte, brata Napoleona. Sam budynek reprezentuje surowy klasycyzm holenderski, ale wnętrze zachwyca bogactwem formy. Pałac powstał w okresie „złotego wieku” dla miasta, dlatego nie dziwią bogato zdobione wnętrza. Największe wrażenie zrobiła na mnie monumentalna sala obywatelska, z marmurowymi ścianami, potężnymi witrażowymi oknami, symbolicznymi dla Amsterdamu rzeźbami oraz mapą podbojów handlowych na posadzce. Do tego bogato zdobione komnaty królewskie, które goszczą najznamienitsze głowy państw w trakcie oficjalnych ceremonii.




Trochę zmęczeni wczesną pobudką i wielogodzinnym dreptaniem, podjęliśmy próby resetu w naturze. Udaliśmy się do parku, ale okazało się że takich jak my było więcej. Nie mniej jednak, spacer w zielonym wyciszył trochę mój układ nerwowy. Park raczej wąski, ale dość długi i jak to w Amsterdamie, alejki dla pieszych i rzekłabym nawet autostrada dla rowerów. Jak wszędzie sporo wody, wiele miejsc do rekreacji i sporo już ludzi na kocach, spragnionych wiosennego ciepła. To tutaj właśnie obserwowałam te cudne, tulipanowe instalacje.
Jako główny cel następnego dnia obraliśmy sobie Rijksmuseum. Nie jest to typowe muzeum narodowe. Możesz tutaj zobaczyć 800 lat historii Niderlandów, ale raczej z naciskiem na malarstwo. Muzeum powstało w 1808 r., a do obecnej siedzimy przeniesiono go w 1885 r. Sporo tutaj malarstwa XVII-XVII w., które bardziej portretuje ówczesne czasy, pozostawiając wyraz artystycznej interpretacji późniejszym nurtom. Mimo tego są to dzieła wybitne, w sposób bardzo szczegółowy pokazujący zamysł malarza. Spójrz choćby poniżej na fragment misternie namalowanej koronki, czy dzieło Vermeera – Mleczarka. Spędziliśmy tutaj ponad 5 godzin rozkoszując się głównie kunsztem pędzla mistrza Rembrandta oraz jego przyjaciół, uczniów i naśladowców techniki. Tutaj znajduje się największe dzieło Rembrandta „Straż nocna”. Jest aktualnie w trakcie renowacji, ale proces możesz obserwować, ponieważ przestrzeń w której dzieło jest wyeksponowane jest oddzielona od pozostałej części sali szklaną ścianą. Z obrazem tym wiąże się szereg kontrowersyjnych zdarzeń, między innymi kilkukrotna próba zniszczenia przez desperatów, poprzez pocięcie, czy oblanie kwasem.






Kawka, chwila odpoczynku i udajemy się na rejs po kanałach. To element obowiązkowy wizyty w Amsterdamie. Najpierw sobie spacerujesz uliczki miasta, obserwujesz życie miejskie, ludzi siedzących w niezliczonych knajpkach nad kanałami, a po tym wybierasz rejs łódką po kanałach, żeby poobserwować miasto i jego życie z innej perspektywy. Masz do wyboru dwie opcje, łódź długą, raczej prom, zazwyczaj zamknięty lub łódź krótką na ok. 12 os, która jest odkryta. Polecam druga opcję, ponieważ co jasne widoczność jest lepsza, ale również fakt, że łódź jest bardziej skrętna i możesz nią wpłynąć do mniejszych, bardziej malowniczych kanałów. Koszt od osoby to od 15-25 eur, w zależności od wariantu. Trafiła nam się ciekawie opowiadająca przewodniczka, która zwracała nasza uwagę na różne szczegóły architektoniczne, wrzucając jednocześnie intrygujące informacje. W trakcie takiego rejsu możesz z tej ciekawej perspektywy pooglądać bardzo charakterystyczne, wąskie kamienice. Fundamenty niektórych z nich ulegają niestety przemieszczeniu, co powoduje ich stopniowe odchylanie od pionu. Jest to związane z faktem, iż stare miasto jest wybudowane na terenie depresji oraz na gruncie bagnistym i grząskim. Szacuje się, ze miasto opiera się na 11 milionach drewnianych pali, które wymagały wbicia na głębokość 11 m. Dla mnie to niewyobrażalny kosmos!
Dla przykładu Pałac Królewski stoi na ok. 14 tyś pali, a typowy dom przy kanale na ok. 10. Dawniej były to pale drewniane i podobno sprowadzane nawet z terenów Polski, aktualnie słupy betonowe. Stare pale ulegają stopniowemu niszczeniu, choć trzeba przyznać, że techniki ich konserwacji musiały być wyjątkowe, skoro niektóre budynki są datowane na kilkaset lat. Co stanie się ze starą częścią Amsterdamu za kilkadziesiąt lat?
Póki co kamieniczki stoją w szpalerach jak strażniczki kanałów, zachwycając swym wyglądem. Ciekawostką jest też hak u szczytu każdej z nich. Służy on oczywiście do wciągania gabarytowych przedmiotów na wyższe piętra, gdyż klatki schodowe są bardzo wąskie i bardzo strome, co uniemożliwia transport dużych przedmiotów tą drogą. No to też jest czad. Wyobraź sobie, że kupujesz nową lodówkę i musisz ją wciągnąć na np. 3 piętro przy pomocy kołowrotka.
Podróż kanałami jest bardzo przyjemnym przeżyciem, choć myślę że byłoby jeszcze piękniej za miesiąc, np. w maju, kiedy zieleń drzew już całkiem wybuchnie, a mosty zostaną ozdobione kwiatami.



Co dalej? Wieczorna kolacja w długo poszukiwanym miejscu nad kanałem. Dość chłodno, więc o siedzeniu na zewnątrz nie było mowy. Weszliśmy do środka w samą porę, chroniąc się przed ulewnym deszczem, który pojawił się znikąd! Parasolki oczywiście zostały w hotelu. Generalnie Amsterdam leżąc nad zatoką, nad licznymi kanałami, jest narażony na wilgoć i chłód. Być może w lecie daje to przyjemne odczucie. W kwietniu, w słoneczną pogodę również, ale kiedy tylko słońce zajdzie za chmury, natychmiast robi się chłodno.
Dzień następny.
Muzeum Van Gogha, to kolejny ważny punkt na mapie Amsterdamu. Kocham impresjonizm, choć moim ulubionym artystą z tego okresu jest raczej Monet, to mam bardzo sentymentalne podejście do Van Gogha, do jego twórczości i trudnych meandrów życia. Jeśli chodzi o kolekcję malarstwa impresjonistycznego, to zdecydowanie polecam Muzeum d’Orsay w Paryżu, natomiast jeśli chodzi o samego Van Gogha, to z pewnością muzeum w Holandii. Może ono się poszczycić się największą ilością dzieł artysty, w tym obrazów, szkiców, pamiątek osobistych i licznych listów, które Vincent pisał do swojego brata. Z najbardziej znanych możesz tutaj zobaczyć Słoneczniki, Sypialnię w Arles, czy Jedzący kartofle. Mnie niezmiennie fascynuje okres życia pod Paryżem, z wieloma pracami ukazującymi sielskie życie. Tak jak wcześniej wspominałam, twórczość Rembrandta bardziej fotografuje życie, a dla porównania twórczość Van Gogha odzwierciedla punkt widzenia artysty, jego zmaganie z życiem, emocje, radość, troski i chorobę. To przynosi całkiem inny odbiór dzieła.
Muzeum jest nowoczesne, multimedialne i poza pracami Vincenta, możesz zobaczyć pojedyncze obrazy Moneta, Gaugina, czy malarzy którzy w następnych latach, czerpali wenę z twórczości Van Gogha. Bardzo polecam!


Rowery, to kolejny symbol Holandii. Są wszędzie, przy budynkach, balustradach mostów nad kanałami, wzdłuż ulic, ustawione w szpalerze na parkingach dla rowerów. W każdym miejscu starego miasta wzdłuż ulic i chodników dla pieszych, wyznaczone są ścieżki rowerowe, po których migrują tysiące rowerów, riksz, różnych dziwnych tworów na kółkach. Możesz zobaczyć turystów, którzy chcą poczuć vibe miasta na rowerze, ale przede wszystkim mieszkańców Amsterdamu, pomykających z pracy, do sklepu itd. Widok z jednej strony fascynujący, z drugiej zaś stwarzający niebezpieczeństwo. Rowerzyści nie podróżują na tych rowerach, tylko pędzą, non stop używając dzwonków. My turyści nie przyzwyczajeni do takich atrakcji musimy przy przejściach bardzo uważać, nie tylko na przejeżdżające samochody, tramwaje, ale również właśnie na gnające rowery. Apropos rowerów przewodniczka boat’a powiedziała nam, że rocznie wyciąga się ok. 15 tyś rowerów z kanałów!




Rower stanowi środek komunikacji w mieście obok wygodnego tramwaju, czy metra. W tramwaju możesz spotkać trochę dla mnie archaiczne rozwiązanie – budkę jakby kontrolera ruchu. Siedzi sobie w przeszklonej przestrzeni, pilnuje czy ludzie wchodzący wskazanym, jednokierunkowym wejściem kasują bilety, czasem da jakiś komunikat, sprzeda bilet, czy udzieli informacji (zdjęcie poniżej). Przemieszczaliśmy się też sporo metrem i to co mnie ujęło, to muzyka klasyczna płynąca z głośników. Bardzo to odprężające i wyciszające podczas zwiedzania tętniącego życiem miasta. Wracając pierwszego dnia, wieczorem do hotelu okazało się, że na stadionie który znajduje się w bezpośrednim sąsiedztwie naszego hotelu, odbywał się mecz Ajax Amsterdam. Stopniowo wagon metra wypełniał się ubranymi w barwach Ajaxu kibicami. Prawdziwi Holendrzy żywo przeżywający wydarzenie. Fajna energia, zero agresji. O czym opowiadali, kto to wie? Jedno jest pewne, cieszyli się swoim towarzystwem.

Cóż, wycieczka dobiega końca.
Zatem, czy znalazłam moje tulipany?
Raczej nie. Kupiłam je sobie już w Bielsku, a w zasadzie zostałam obdarowana nimi przez mojego męża.
Amsterdam zachowuję w sercu. Poza tulipanami kocham miasta położne nad wodą, to wypełnia mnie energią łagodności której potrzebuję.

Gdzie następnym razem? Czas pokaże.
Pozostań ze mną, a jeśli dotarłaś do tego miejsca to zapraszam do zajrzenia do innych wpisów na moim blogu. Podróżnicze, jogowe i po prostu o życiu. Może znajdziesz coś dla siebie
Z miłością
Anja
One response
Super opisane.
I pogoda dopisała oprócz nagłego deszczu.
Piękna wycieczka.A na pola tulipanowe też warto pojechać.
Byłam z córką jak miała dwa latka.Pamietam jak turyści z Japoni chcieli robić zdjęcia z córką na tle tulipanów!!
Może następnym razem..
Pozdrawiam