Belgia zimą?

Dlaczego nie! 

Pomyślałam sobie, dawno tam nie byliśmy i przy okazji odwiedzimy belgijską rodzinę.

No to lecim!

Belgia to kraj ogromnych kontrastów i wielu sprzeczności. Od szemranych dzielnic, po luksusowe i bezpieczne miejsca, od wykluczonych społecznie jednostek po ociekający obfitością ród królewski, od ubogich ludzi, po zamożne, eleganckie belgijki z dumą noszące eleganckie kapelusze itp., itd.

Można byłoby powiedzieć, że taki stan rzeczy występuje w wielu rozwiniętych krajach. Jest jednak coś co mnie osobiście zaskakuje od wielu, wielu lat, zwłaszcza w perspektywie powiewających flag Unii Europejskiej.

 

Mam na myśli niesnaski, a raczej konflikt  narodowościowy.  Sprawa jest dość skomplikowana i ciągnie się tak naprawdę od 1830 r, kiedy to powstało Królestwo Belgijskie, stanowiące połączenie terytorium dwóch, odrębnych narodów Flamandów i  Walonów. Na początku była to odrębność kulturowa i językowa, ale z czasem okazało się że również polityczna oraz gospodarcza. Jeśli chodzi o gospodarkę, historię i kulturę,  to zdecydowanie szala przesuwa się  w kierunku Flandrii. Konflikt trwa do dziś i nie zapowiada się, żeby coś miało się zmienić. Zatem w części flamandzkiej, czyli bardziej północnej oraz wschodniej dogadasz się po flamandzku, a w pozostałej części po francusku. Bruksela ze względu na fakt, iż  jest stolicą, próbuje zachować swoją  społeczną poprawność, choć mówi się również o niej, jako odrębnej, trzeciej społeczności. Nie mniej jednak w metro np., napisy i komunikaty są podawane w obu językach, no i na szczęście również w angielskim.  Poza tym to wszystko dzieli, polityka dzieli, gospodarka dzieli, ale i społeczeństwo jest bardzo podzielone. Moja siostra od 25 lat mieszka w części flandryjskiej, gdzie w wielu miejscach mówiąc po francusku, możesz się spotkać z niechęcią społeczną. Choćby w urzędzie, czy w szkole. Moja siostrzenica, zapytana o to kim się czuje, odpowiedziała „Ciociu urodziłam się,  mieszkam i wykształciłam  się w Flamandii, więc jestem  Flamandką, ale  mówiącą również po francusku.” Voila!  Młoda Europejka, a może nawet kobieta świata. Jest nadzieja w tym pokoleniu. Ach takie polityczne i kulturowe dylematy!

Zimowa Bruksela

Nie był to mój pierwszy raz w Belgii, dlatego też w Brukseli nie pobiegłam do sikającego chłopczyka, Galerii Królewskiej, czy też do Dzielnicy europejskiej.  Wielki Plac, mimo że już widziałam to zdecydowałam się kolejny raz go odwiedzić, ale w zimowej odsłonie.  To niezwykłe miejsce, które w sierpniu może zachwycić ogromnym, misternie zaplanowanym kobiercem kwiatowym. Zimą natomiast co pół godziny organizowane jest tutaj widowisko dźwiękowo-świetlne, które może Cię przenieść w krainę fantazji.

Tegoroczna zima jest dosyć zaskakującym zjawiskiem w Belgii. Zazwyczaj temperatury są tutaj odrobinę wyższe oraz  raczej nie można spodziewać się opadów śniegu, a jeśli już się pojawi to utrzymuje się przez jeden dzień. Zimowa wyprawa obfituje w mnóstwo wrażeń, których nie doświadczysz w innym okresie. Mam na myśli jarmarki bożonarodzeniowe w każdym mieście i na wielu placach, ozdoby świąteczne, klimatyczne oświetlenie nie tylko ulic, ale i witryn sklepowych, restauracji, hoteli i zabytków. Magia świąt wszechobecna i cudownie ocieplająca serce.

Z racji tego, że pierwszy dzień naszego pobytu rozpoczął się 31.12., udaliśmy się rodzinnie na pokaz laserów na Atomium Place. Sam Atom drżał światłem, bulgotał efektami, falował i wibrował. I to było spektakularne, natomiast ku naszemu zdziwieniu lasery okazały się sztucznymi ogniami. O zgrozo! W centrum Europy!!! Powrót z Atomium Place, do naszego miejsca parkingowego z drugiej strony Brukseli, zajął nam bardzo dużo czasu. Ogromny wielokulturowy tłum ludzi. Staliśmy wszyscy grzecznie, czekając na wejście na stację metra. Żadnych ekscesów, terrorystów, podpaleń. Media potrafią rozfurkać mnóstwo niepotwierdzonych newsów, a wszystko po to żeby zasiać w społeczności lęki. To co mnie zaskoczyło chyba najbardziej, to to że w całym tłumie, nie spotkaliśmy jednej osoby, która miałaby w ręce alkohol,  puszczała jakieś race, czy tam inne sztuczne ognie. To  obraz zgoła odmienny od tego, co widujemy na naszych krajowych obchodach. Co do takiego rodzaju spędzania Sylwestra, to raczej nie jestem zwolenniczką. Chciałam tego doświadczyć, ale decydowanie nie powtórzę, a gdybym miała komuś polecić, to chyba też nie. Jeśli czytasz czasem coś na moim blogu lub na fb, to pewnie wiesz, że od miasta wolę las i ciszę.

W Brukseli możesz spędzić wiele dni wypełniając się sztuką, historią, bogatą architekturą, ale też innymi atrakcjami, wystawami, warsztatami produkcji czekolady itd. Dla każdego coś ciekawego.  Tym razem zdecydowałam się zobaczyć dwa miejsca. Oba znajdują się w Parc du Cinquantenaire lub po flamandzku Jubelpark. Pierwszym jest Muzeum Sztuki i Historii położone w przepięknym, monumentalnym budynku, tuż za Łukiem Triumfalnym. Muzeum zawiera bogate, fantastycznie zaprezentowane zbiory, z okresu od starożytności, po artdeco. Zachwycił mnie rozmiar kolekcji, ale i również zróżnicowany sposób wyeksponowania zasobów. To, co lokalnie chyba najważniejsze to bogata kolekcja arrasów pochodzących właśnie z Flandrii. Stąd również król Zygmunt August zamawiał  arrasy na Wawel.

Na terenie Parku jest wiele ciekawych miejsc do odwiedzenia. Wybraliśmy Muzeum Motoryzacji, mieszczące się stylowym, historycznym obiekcie i choć dla mnie osobiście samochód stanowi środek do przemieszczania się, to przyznam że zachwytom nie było końca. Muzeum zostało pierwotnie stworzone z kolekcji dwóch kolekcjonerów aut: Charly’ego De Pauw i Ghislaina Mahy’ego, którzy przekazali w 1986 r. 250 pojazdów do właśnie utworzonego Muzeum. Aktualnie kolekcja wynosi ok. 300 pojazdów z okresu od ok. 1880 r, do czasów współczesnych. Samochody są szczegółowo opisane i zaprezentowane chronologicznie. Zobaczysz najważniejsze marki europejskie, ale nie tylko.  Możesz również podziwiać samochody,  które są używane przez rodzinę królewską podczas najważniejszych ceremonii.

Chyba najbardziej mnie urzekły modele z okresu początku XX w.  Wystawa na mnie zrobiła wrażenie.

Leuven

To przepiękne, nieduże miasteczko, położone nad urokliwie meandrująca rzeką Dijle. Jest to miasto akademickie, skupione wokół Uniwersytetu Katolickiego założonego w 1425 r. Ratusz  w Leuven, to gotyckie arcydzieło z XV w, z przyciągającą oko fasadą. Pięknych budowli jest w tym mieści bardzo dużo, w tym budynek biblioteki akademickiej utworzonej w na początku XVII w. Co zachwyca to mnogość placów, malowniczych uliczek i fajnych knajpek. Oprowadzała nas moja siostrzenica Fiona, która właśnie podchodzi do obrony pracy dyplomowej na tymże Uniwersytecie i zna miasteczko studenckie, jak własną kieszeń. Rewelacja! Jedyne co nam trochę przeszkadzało, to kapryśna, deszczowa  pogoda. Mimo tego nasza cudowna przewodniczka pokazała nam wiele ciekawych miejsc, a na koniec zaprosiła do fajnego bistro, gdzie nie tylko możesz zjeść smacznego bajgla, ale również wyprać pranie. Taka studencka heca!  Fiona opowiedziała nam również historię, kiedy to w latach 60 XX w. doszło do buntu na Uniwersytecie. Louven jest miastem flandryjskim, a na tamten czas, językiem obowiązkowym był francuski i stosowano represje wobec lokalnych studentów. Doszło do buntu, w wyniku którego Walonowie zostali przepędzeni z Louven, po czym stworzyli sobie nowy ośrodek akademicki w mieście, które zbudowano od podstaw i nazwano Louvain -la-Neuve, czyli nowe Louven. Miasto to jest oddalone od Louven ok. 1 godziny drogi i znajduje się oczywiście w części walońskiej. W tym też miesicie znajduje się hotel, w którym mieszkaliśmy.

Antwerpia

Pierwszy raz zawitałam w Antwerpii i  jak w innych przypadkach, nie zawiodłam się. To co mnie urzeka w miastach flandryjskich, to przede wszystkim architektura. Rynek mnie zachwycił, choć muszę przyznać że jarmark świąteczny, choć uroczy, to jednak odebrał urok tego miejsca. Nie mniej jednak, ponad świątecznymi budkami, można było nadal podziwiać szeregi dumnie patrzących, cechowych kamieniczek,  naprzeciw których znajduje się Katedra NMP. To wspaniała gotycka budowla, której początek budowy datuje się na 1352 r. Dla mnie najpiękniejsza okazała się monumentalna ambona, przepiękne stalle i witraże. W katedrze można podziwiać wiele dzieł sztuki, w tym arcydzieła Petera Paula Rubensa. Rubens urodził się na terenie Niemiec, ale sporą część artystycznego życia spędził w Antwerpii. Dom, w którym mieszkał jest udostępniony do zwiedzania. Niestety nie udało nam się go obejrzeć z powodu prac konserwatorskich.

Twórczość Rubensa i jego uczniów mogliśmy jednak podziwiać w kolejnym miejscu, w Królewskim Muzeum Sztuk Pięknych. Na uwagę zasługuje dzieło – Pokłon trzech króli. Obraz, poza tym że przedstawia sceny religijne, jest również manifestacją bogactwa formy, tak charakterystycznej dla baroku. Rubens jest uznawany za jednego z najważniejszych kolorystów w historii sztuki. Galeria jest obszerna i w dużej mierze prezentuje malarstwo flamandzkie, między innymi Petera Broygela, czy Jan van Eycka, na którego dzieło Święta Barbara warto zwrócić uwagę. Przyznaję jednak, że tego rodzaju średniowieczne malarstwo z wyolbrzymioną, płaską postacią, mnie nie porywa. O Van Eycku wspomnę jeszcze kilka słów przy okazji zwiedzania Gandawy.

Wracając jeszcze do jarmarku bożonarodzeniowego, to oczywiście pokosztowaliśmy lokalnych przysmaków i grzanego wina, które przy temperaturze ok. 2 stopni otulało fajnie ciepełkiem 🤪

Gandawa

Do tej pory niewielkie Louven, było nr jeden Zimowej wyprawy do Belgii. Coś mi się jednak wydaje, że Gandawa wygrała. Tutaj cała starówka wpisana jest na listę UNESCO. Miasto jest położone w północno-zachodniej, flandryjskiej części Belgii, co wpływa na jego charakter. Przypomina holenderskie miasta. Jest poprzeszywana odnogami rzeki, kanałami, co dodaje uroku. Oczywiście warto popłynąć, ale raczej nie o tej porze roku, choć muszę przyznać śmiałków nie brakowało. Kiedyś już miałam przyjemność, więc bardzo polecam. Spacerowałam malowniczymi uliczkami, ponad którymi wyrastały kolorowe kamieniczki. Mnogość placów, klimatycznych kafejek. To co mnie zaskoczyło, to otwarte ogródki, w których o dziwo biesiadowało sporo ludzi, pomimo temperatury. W wielu nie było podgrzewaczy… hmm. 

Punktem obowiązkowym w Gandawie jest średniowieczny Zamek Gravensteen, którego nie da się ominąć, gdyż znajduje się w ścisłym centrum. To forteca pamiętająca burzliwą historię miasta. Budowę rozpoczęto w 1180 r. Budowla łączy nie tylko elementy obronne, ale także kunszt i wyjątkowy urok, jak na tamte czasy. Był siedzibą hrabiów, więc nadano jej również charakter rezydencji.  W zamku sporo jest ciemnych komnat, lochów i krętych schodków prowadzących na punkty widokowe na cale miasto. Jak to często w średniowiecznych budowlach, czuć grozę, szczęk mieczy i oddech skazanych na wieczne cierpienie dusz.

Z zamku udajemy się do niesamowitej, monumentalnej Katedry Św. Bawona. Jej budowę rozpoczęto w XII wieku. W XIV w. podwyższono nawy boczne, równając je z nawą główną. Robi to niezwykłe wrażenie i dodatkowo dodaje kościołowi objętości. Katedra była dwukrotnie plądrowana przez ikonoklastów, ale mimo tego wewnątrz znajduje się wiele światowej sławy dzieł barokowych. Prawdziwa perełka skrywa się w kaplicy za prezbiterium. Kościół można zwiedzać bezpłatnie, ale do tego miejsca musisz zakupić bilet. Niespodzianka, to dzieło wspomnianego w Antwerpii Jana Van Eycka, który wraz ze starszym bratem Hubertem,  namalował obraz Adoracja baranka mistycznego. To prawdziwy skarb z 1462 r, poliptyk na który składa się 12 obrazów. Rozmiar całkowity ok 4×5 m. Artyści są uznawani za prekursorów malarstwa olejnego.  Obraz Święta Barbara, o którym wspominała w Antwerpii został namalowany przez mistrza Jana w 1437 r. Te 25 lat różnicy doskonale pokazuje zmianę techniki, dojrzałość kunsztu. W Baranku możesz zwrócić uwagę na mnogość detali, ujęcie szczegółów postaci i wszystkich elementów obrazu. Nie dominuje już tutaj średniowieczna płaskość postaci. Na zewnętrznych skrzydłach obrazu widnieją nadzy Adam i Ewa. Z nimi jest związana ciekawa historia, kiedy to w XVIII w. wykonano kopie obrazu, ale z pierwszymi rodzicami w ubraniach. Ot takie purytańskie czasy. Każdego dnia o godz. 17:00 obraz jest zamykany. Jest to niezwykle wzniosla ceremonia, której nie możesz przeoczyć.

Smaki Belgii

Kuchnia belgijska słynie z łączenia smaków francuskich, niemieckich i holenderskich. Mówi się o Belgach, że lubią jedzenie. Niestety w centrach najważniejszych miast w Belgii jest pełno turystów, ale wystarczy pojechać do tych mniej znanych, mniej popularnych, jak Namur, czy Dinant, gdzie możesz poobserwować rodowitych mieszkańców. W jednej z restauracji smakowaliśmy różne pychy w towarzystwie osób, które raczej nie były turystami, a w restauracji tylko jeden z kelnerów mówił trochę po angielsku. Sami lokalsi. Z ukradka podglądałam błogie uśmiechy pewnej pary starszych ludzi, uśmiechy które rozchodziły się z każdym kolejnym kęsem potrawy.

To fakt można dobrze zjeść, ale chyba podobnie jak w innych dobrych restauracjach w Europie, nie wyłączając Bielska -Białej.  To z czego słynie Belgia, to także frytki belgijskie, gofry belgijskie, czekoladki belgijskie i piwa, też belgijskie 🤪.  Wszystkiego trzeba skosztować, bo przecież belgijskie, no może nie wszystkiego. Piwo zimą, to niekoniecznie. W sumie czekoladki też nie, bo nie przepadam za tymi ichnimi pralinkami. Frytki jak frytki, ale za to kultowe z ziemniaków, a nie mąki i owiane legendą. Goframi natomiast raczyliśmy się w iście królewskiej odsłonie, podane wytwornie i w otoczeniu royalowego złota.

Belgia, to niezwykłe bogactwo historyczne, przepiękne miasta, cudowne kościoły. Mocno pogubione społecznie, ale otwarte dla turystów. Kiedyś zobaczyłam kilka miejsc, tym razem cos sobie odświeżyłam, coś innego poznałam. Nie biegam już jak szalona. Celebruję, przeżywam i kontempluję. Pisałam też o tym w Podróży na Kretę, zajrzyj jeśli jeszcze nie czytałaś.

Tymczasem szykuję się do Kręgu Kobiet z Mapą Marzeń, który odbędzie się w Studio w najbliższą sobotę. Jakie podróże przyniesie mi 2026 r.? Coś już świta

 

Z miłością

Anja

No responses yet

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *