Pewnie każdy wie, że London calling, to wezwanie stacji BBC w czasie drugiej wojny światowej , ale może nie każdy wie o co chodziło w bardzo znanym utworze The Clash – London calling zajmującym 15 pozycję na liście 500 utworów wszechczasów magazynu Rolling Stones. Oczywiście znowu o wezwanie, a jakże do zauważenia potencjalnej zagłady nuklearnej na skutek wypadku w elektrowni Three Mile Island oraz zwrócenie uwagi na katastrofy naturalne,  w tym wylewy Tamizy.

London calling pojawia się także w dziesiątkach innych tekstów, nie koniecznie o trudnym przesłaniu.

I mnie wezwał, ale chyba dzięki mojej córce Julii. Byłam sceptycznie nastawiona, bo wiesz, że za duży, zbyt głośny, pełen imigrantów, niebezpieczny, że ja to wolałabym pojechać  gdzieś na angielską wieś itd., itp. Umysł szybciutko wywalił wszystkie moje lęki i obawy, a wiemy dobrze że ego tym najbardziej potrafi się karmić. Dodatkowo wewnętrzny krytyk zaczął opowiadać o tym, że paszport się skończył i że to drogie miasto i takie tam różne 😅

W tym roku Julia obchodziła 25 urodziny, popatrzyła na mnie tym swoim wzrokiem i od razu serce przejęło władzę, wyciszyło lęki i obawy. Bach! Wniosek o paszport. O tej porze roku to szybki proces. Otrzymałam dokument w chyba tydzień i zadziałałyśmy. Tak na marginesie, to bardzo dobry czas żeby otrzymać paszport bez kolejek. LECIMY.

Przypominam, że od tego roku niezbędnym jest posiadanie karty ETA. Można ją szybko załatwić online.  Tanie linie latają chyba głownie do Luton i Stansted. Oba są oddalone od Londynu o od 50-60 km. U nas lot do Luton, a powrotny z Stansted. Z lotniska do Londynu można dostać się na wiele sposobów. Pociąg chyba jest najpraktycznijeszy. My miałyśmy jechać autokarem, ze względu na pierwszą atrakcję -Warner Bros Studios. Nastąpił jednak pewien błąd logistyczny i zakupiłyśmy bilet na autobus, ale przegubowy. Zamiast zajechać do miejsca docelowego w ponad godzinę, jadąc autostradą, jechałyśmy przystankowcem ponad 2 godziny. Podróż za jeden uśmiech. Na początku trochę niezadowolenia z siebie, ale okazało się że podróż ta przyniosła świetne obserwacje. Taki kawałek prawdziwej Anglii. Mijałyśmy małe sielskie miasteczka, z klasyczną zabudową, wyłaniające się ze starodrzewia kościoły, wyglądające jak zabytki klasy zerowej. Niezwykły widok. W słuchawkach zapętlona mantra Sa Ta Na Ma w wersji na 31 min. Z dziką przyjemnością poddawałam się obserwacji ludzi podróżujących z nami. Zwykli Anglicy, zero turystów. Mnóstwo młodych dziewczyn w szkolnych marynarkach i tylko to co je rozróżniało pomiędzy miejscowościami, to różne emblematy symbolizujące szkołę. Gwar, śmiech i niewymuszona uprzejmość. Pomyślałam sobie, chciałam zobaczyć choćby odrobinę prawdziwej Anglii, to ją właśnie otrzymałam.

Pierwszy przystanek Warner Bros Studios – wizyta u Harrego Pottera. To taka sentymentalna podróż. To czułość w sercu na wspomnienie każdej przeczytanej Julii części przygód Harrego. Kamień filozoficzny czytałyśmy, kiedy Jula nie miała jeszcze 6 lat.  Pierwszym filmem, który obejrzałyśmy w kinie, był Zakon feniksa w 2007 r. Książki przeczytane wiele razy, filmy obejrzane wielokrotnie, najpierw z Julą, a później młodsza Emilią. Dla każdego fana Harrego miejsce warte obejrzenia. Oryginalne rekwizyty, stroje, scenografie. Niektóre w rozmiarach rzeczywistych, jak wielka sala, bank Gringotta, czy ul. Pokątna, ale też zaprezentowanie magii kina, wszak to WBS. Choćby to, że zamek Hogwart jest tylko makietą, sprytnie wykorzystaną do wszystkich ujęć. Przyznam, że poczułam lekkie rozczarowanie 😌. Liczyłam, że może choć część zdjęć była kręcona w takim pięknym miejscu 😅. No cóż, trochę czar wziął był prysł, jednak co w sercu to w sercu pozostaje.

Wracamy do Londynu, ale nie będę opowiadała szczegółowo o zabytkach i tych wszystkich ważnych i symbolicznych obiektach historycznych, choć to wszystko jest w kręgu moich zainteresowań. Być może pamiętasz wiedzę z lekcji historii, a jeśli nie to zawsze możesz poczytać informacje w necie. Tuta chcę ci pokazać kawałek mojego Londynu. Zatem zaczynamy.

Zatrzymałyśmy się w całkiem przyzwoitym apartamencie w dzielnicy Camden. Położenie  wiązało się z wyższą ceną najmu, ale ułatwiało dostęp do większości miejsc które miałyśmy  w planach zobaczyć. Tylko 5 przystanków  double-deckerem  dzieliło nas od Trafalgar Square, a stąd już rzut beretem do wszystkich ważnych miejsc. Nasz aparthotel, to klasyczny, angielski budynek z pięknymi drzwiami zewnętrznymi do których prowadzi kilka schodów. W środku wąskie korytarze wyłożone grubą wykładziną, wewnętrzne schody bardzo wąskie i dość strome. W apartamencie, angielskie okno przesuwane do góry, a z okna piękny widok na ulicę i mały, zadrzewiony skwerek. W pobliżu duży park.

Wychodzimy na miasto. Jest czysto, schludnie. Czuję się bezpiecznie. Londynie, witaj!!!

Tutaj słówko na temat komunikacji. Żyjąc mitem, utrwalanym na lekcjach angielskiego o tradycyjnych black cabs i duble-deckers, byłam przekonana, że jak five o’clock tea, są tylko reliktem przeszłości podtrzymywanym dla turystów🤣🤣🤣. Jakież było moje zdziwienie, że wszystkie autobusy, nie tylko te dla turystów są nadal czerwone i stanowią nie tylko symbol Londynu, ale normalny środek lokomocyjny, na dodatek bardzo wygodny. Znalazłam w necie informację, ze autobusy przewożą ok. 6 mln ludzi 700 liniami. Dla porównania metro londyńskie, niezwykle rozbudowane, posiadające 11 linii, przewozi dziennie ok. 5 mln pasażerów. Przemieszczając się w bardziej oddalone miejsca warto skorzystać z metra, ale w obrębie szeroko rozumianego centrum piętrowce zdają egzamin. Podróżowanie na pierwszym piętrze i pierwszym rzędzie siedzeń daje ciekawą perspektywę obejrzenia miasta. Poza tym, autobusami podróżują również Londyńczycy. Możesz usiąść obok starszej Pani z małym pieskiem, która uśmiechając się zamieni z tobą kilka słów. Czegoś takiego w anonimowym wagonie metra nie uświadczysz. Jeśli zaś chodzi o black cabs, to już nie tylko black, czasem white, green i yellow. Tutaj jak widać wkracza odrobina elastyczności do konserwatywnego, brytyjskiego podejścia, choć restrykcyjny egzamin licencyjny nadal funkcjonuje. Tradycyjnych taksówek widać na ulicach bardzo dużo, ale są droższe od bolta, czy ubera, więc coraz częściej mówi się o zmniejszającym się popycie.

Tutaj słówko na temat opłat. Nie możesz kupić biletu dobowego, czy weekendowego, co ma miejsce w wielu krajach. Do autobusu wchodzisz przednimi drzwiami i płacisz przejazd kartą. Naliczana jest opłata ryczałtowa, bez znaczenia czy jedziesz 2 przystanki, czy 8. W metrze przykładasz do czytnika kartę na wejściu i wyjściu. Tutaj zasada jest bardziej klarowna. Masz opłatę za wykorzystany odcinek. Poszczególne opłaty nie są pobierane w trakcie przejazdu, ale kumulowane z całego dnia. Obciążenie otrzymujesz raz dziennie. Przejazdy nie są tanie. Moje wynosiły ok. 40 zł na dobę przy niewielkich odległościach. Jeśli zdecydujesz się na mieszkanie w oddalonej od centrum dzielnicy, dzienny przejazd może wynieść ok. 80-100zł. na osobę.

Dzielnica Westminster w całości mnie zachwyciła. Każdy zabytek, każdy budynek, każda ulica. Wszystko co znasz z historii i lekcji języka angielskiego. Sprzyjała nam piękna, słoneczna pogoda, więc achom i ochom nie było końca. Od samego początku, czyli kolumny Nelsona stojącej na Trafalgar Square, generała dumnie patrzącego w kierunku Parlamentu, po ostatni element tego dnia London eye, a dlaczego eye? Ponieważ będąc na samej górze koła, masz oko, na wszystkie dzielnice miasta. Z przyjemnością spacerowałam po St. James Parku, obserwując królewskie ptaki, wiewiórki, cudną jesień w samym centrum olbrzymiego miasta, miejsce gdzie możesz schować się przed tłumem turystów. Do Pałacu nie pchałyśmy się, ponieważ w tym dniu nie planowałyśmy, a moment w którym znalazłyśmy się w pobliżu był zmianą warty, więc nie było szansy żeby podejść bliżej. Jeśli planujesz to zobaczyć, musisz przyjść o wiele, wiele wcześniej. Udałyśmy się zatem w kierunku Parlamentu, po drodze mijając Opactwo Westminster, do którego zakupiłam bilety na następny dzień. Big Ben robi wrażenie z każdej strony. Kiedyś tak nazywano sam dzwon w wieży zegarowej, z czasem przyjęto potocznie nazwę do całości. Na marginesie, wieża zegarowa zmieniała nazwę kilka razy. Aktualnie nazywa się wieżą Królowej Elżbiety.

Tuż obok wieży i ok 100 metrów dalej gromadzi się sporo turystów. Każdy chce zrobić sobie selfie z Wielkim. Taka zbiorowa potrzeba, co nie dziwi bo przecież to najważniejszy symbol Londynu. Jeśli pójdziesz jednak kilkadziesiąt metrów dalej, zrobisz sobie fotę z równie dobrej perspektywy, a bez tłumu. Możesz też przejść przez most i zejść schodami w prawo w kierunku nabrzeża Tamizy. Tam również jest świetne miejsce, w którym możesz podziwiać doskonałość wieży, jednocześnie nie ocierając się o ludzi.

Po drugiej stronie rzeki, mijając Oko londyńskie pospacerowałyśmy trochę, ciesząc się widokiem Tamizy. Taka chwila na deptaku, pod drzewami, wzdłuż rzeki to świetny moment żeby odetchnąć. Jeśli masz ochotę możesz wędrować bardzo długo, ale nie trzeba iść daleko, żeby  tłum się rozrzedził. Po drodze mijasz pieśniarzy, lokalnych kuglarzy, street foody i mnóstwo knajpek.

Następnie, wsiadłyśmy na barkę i połynęłyśmy Tamizą w kierunku Tower Bridge. Rejs trwał ok 40 min. W trakcie można było posłuchać barwnie opowiedzianej opowieści na temat mijanych miejsc, mostów, budowli. Bardzo przyjemna podróż, zwłaszcza przy takiej pogodzie, którą nas Londyn obdarzył. W ten sposób, poza ciekawą atrakcją, możesz sobie zafundować trochę relaksu na wodzie. Możesz usiąść w środku i na zewnątrz. Koszt takiego rejsy to 10 funtów za całą dobę. Może pływać dokąd chcesz, tam i z powrotem. Na powrotną drogę do Westminster Jula wybrała wieczór. To był świetny pomysł, móc obejrzeć kawałek Londynu wieczorem z wody. Fragment Tamizy pomiędzy Westminster Bridge, a Tower Bridge, łączy tradycję z nowoczesnością City of London, gdzie Tower of London sąsiaduje z wysokimi, nowoczesnymi budynkami City. Wyobraź sobie, jak to wszystko wygląda kiedy słońce zajdzie.

Tower Bridge, dla mnie to chyba najpiękniejsza budowla Londynu. Most jest zbudowany w wiktoriańskim, neogotyckim stylu, komponując się pięknie z twierdzą i stanowiąc niezwykły obraz na tle Tamizy. Nie mogłam się napatrzeć. Warto zajrzeć do muzeum i spojrzeć z górnej perspektywy. Technicznie majstersztyk! Wybudowany w 1894 r. otwierany jest codziennie o 16:45. Warto wziąć te atrakcję pod uwagę. Możesz stać na moście w trakcie otwierania, kiedy ruch uliczny zamiera, ale możesz przejść na drugi brzeg i z dołu obserwować ten spektakl. Podnoszenie przęseł zajmuje ok 5 min. Nam przed oczami przepłynął ogromny wycieczkowiec. Zobacz na filmiku jaki wydaje się mały w majestacie Tower Bridge.

Tower of London jest obrośnięta mitami. Od samego początku, po czasy współczesne. Większości kojarzy się z egzekucjami, ale uwaga było ich na terenie twierdzy ok. 20. Oczywiście na Tower Hill o wiele, wiele więcej. Historycznie twierdza, to ciekawy obiekt będący w swoim czasie fortecą, więzieniem i pałacem. Teren twierdzy, to wiele budynków,  w tym Biała wieża, stanowiąca więzienie z którego ponoć nie było ucieczki. Wieża, to imponujący budynek o boku ok. 35 m. Aktualnie mieści się niej  zbrojownia. Mnie bardzo się spodobała romańska kaplica wewnątrz wieży. Warto oczywiście obejrzeć kolekcję klejnotów koronnych. W cieniu ich blasku i historii możesz poczuć onieśmielenie, choć trochę mnie zastanawiał brak wyjątkowo mocnych zabezpieczeń, zważywszy na fakt, że korony królewskie posiadają najdroższe na świecie kamienie o imponujących rozmiarach.  Hmm… I pamiętaj dopóki kruki mieszkają w Tower, dopóty Anglia nie zginie. OŁ YES her majesty!

Opactwo Westminster jest dla mnie zabytkiem nr 1 w Londynie, ze względu na bogactwo historyczne, architekturę i rolę jaką pełni „wczoraj” i „dziś”. Tutaj mogłabym dużo napisać, ale zachęcam przede wszystkim do poczucia tego miejsca. Wchodząc do środka, od pierwszej minuty czujesz majestat świątyni, ale i całego klasztoru. Mnogość kaplic, sklepienie, nawa, muzeum, krużganki, wszystko wykonane z pieczołowitością i rozmachem. Świadomość obecności tych wszystkich wielkich w tym miejscu, ich narodziny, koronacje, pochówki. Niezwykle przeżycie. Spędziłam tutaj ok. 1,5 godziny. Trzeba byłoby chyba ze 3, żeby bardziej pochylić się nad historią.

Niektóre obiekty w Londynie możesz odwiedzić bezpłatnie. Należą do nich Natural History Museum, British Museum oraz National Galery.

Muzeum historii naturalnej znajduje się Kensington. Z autobusu mogłam poobserwować tę cześć Londynu. Mijałyśmy urokliwe uliczki, wzdłuż których ciągnęły się sklepy z pięknymi witrynami. Jeśli chodzi o muzeum. Hmm.  Zdarzało nam się być z naszymi córkami w podobnych miejscach. I tutaj zajrzałam raczej z sentymentu. To super propozycja właśnie dla rodzin z dziećmi. Miejsce, gdzie możesz wytłumaczyć dziecku jak powstała ziemia, jakie są gatunki zwierząt, jak ewoluowały. Kapitalna lekcja przyrody. Jasne, że można samemu sobie to wszystko przypomnieć. Zawsze warto, zwłaszcza że ekspozycje prezentują wszystko w znakomity sposób. Dinozaury, jak zawsze przyciągają tłumy oglądających. Zobaczyłyśmy tylko fragment, choć trwało to ok 1,5 godziny, ale ze względu na panujący w muzeum ogromny hałas postanowiłyśmy opuścić lokal 🤣. Głowa pękała mi od nadmiaru dźwięków Dawno nie czułam takiej ulgi po wyjściu na zewnątrz.

British Museum, to dla mnie punkt obowiązkowy. Zawsze marzyłam o tym, żeby tutaj się znaleźć. Muzeum znajduje się w dzielnicy Bloomsbury, trochę już oddalonej od naszej destynacji. Wizyta w muzeum była ostatnim londyńskim punktem, więc nie miało to większego znaczenia. Po zwiedzaniu udałyśmy się już w kierunku lotniska, w związku z czym znalazłyśmy się w muzeum z walizką. Uwaga, w wielu miejscach w Europie to nie stanowi problemu. Zostawiasz ją w szatni, razem  z kurtką. British, jak i podobno inne miejsca w Londynie również, nie przyjmują bagażu do przechowania. Biznes szybko znalazł rozwiązanie. Na przeciw muzeum jest sklepik z pamiątkami, gdzie możesz zostawić bagaż.

Muzeum brytyjskie otwarto dla zwiedzających w 1759 r i znajduje się w imponującym budynku, zresztą jak wszystko w Londinium 🥰. I znowu zachwyt od pierwszej minuty, nad budynkiem, wnętrzem, potężną biblioteką w centrum, każdą częścią wystawy. Muzeum brytyjskie jest jednym z największych muzeów świata. Możesz tutaj zobaczyć ok. 8 mln eksponatów. Nie wiem, ile czasu potrzeba byłoby na obejrzenie tego wszystkiego z uważnością. My byłyśmy tylko 3 godziny, a obejrzałyśmy galerię egipską, grecką, afrykańską, amerykańską i indyjską. Nie zdążyłyśmy całego dalekiego wschodu i Europy, czyli idąc naszym tempem, gdzie skupiałyśmy się na elementach które nas najbardziej zainteresowały, mogłybyśmy tutaj spędzić cały dzień, od rana do zamknięcia. Chcąc pochylić się bardziej, trzeba byłoby przyjechać do BM na cały tydzień! Jak zawsze mumie cieszyły się największym zainteresowaniem oglądających. Niestety ta część wystawy, rozczarowała nas chyba najbardziej. W dniu 1.11.2025 otwarto Wielkie Muzeum Kairskie, w związku z czym jak sądzę większość najważniejszych eksponatów wróciła do Egiptu.

Droga z British Museum do metra ulicami Bloomsbury ujawniła prawdziwe oblicze metropolii. Szerokie, zatłoczone chodniki. Tutaj już zdarzyło się zobaczyć bezdomnych na ulicy, jakieś nawołujące procesje, różnorodność społeczną, fruwające śmieci. To samo w metro. Trzy przesiadki między liniami, ogrom ludzi. W ścisłym centrum było całkiem inaczej. Pojawiło mi się trochę paniki, ale moje sprytne dziecko niesamowicie ogarniało każdą zmianę.

Jedzenie dla mnie jest zawsze ważnym elementem kulturowym w trakcie zwiedzania. W Londynie ten temat chyba całkiem ominę, bo raczej nie warto. Może wspomnę tylko o wyjątkowym staucie, ale wiadomo że to ich dobro narodowe.

Podsumowując, jestem zachwycona. Londyn ujął mnie monumentalnymi budowlami, w których każdy detal jest z pieczołowitością wydziergany, także historią, tradycją i wielokulturowością. Trzy noclegi, to stanowczo za mało. Tyle wystarczy, żeby zasmakować, rozbudzić swoje potrzeby.

Dla mnie najważniejsze miejsca to Abbey, British Museum i Tower Bridge nad ciągle aktywną Tamizą.

Nie wysyciłam się jeszcze do końca Opactwem i nie zobaczyłam wszystkiego w British Museum. Wrócę tutaj ponownie, tym razem z moim Maćkiem, żeby dokończyć i odwiedzić również National Galery.

Osoba z którą podróżujesz ma znaczenie, zwłaszcza jeśli dzielicie razem pasje. Jestem niezwykle wzruszona towarzystwem mojej cudownej córki. Tym jaką jest osobą, ale też trochę tym co udało nam się w niej zaszczepić. Idzie swoją drogą, czerpiąc również z tego co moje. Dzięki Julii poczułam się również bardzo bezpiecznie. Podróżowanie po takim wielkim mieście nie jest łatwym zadaniem.

Namaste Kochana Julinko!

Koniec roku obfituje w podróże, przede mną Belgia, ale przed kolejną podróżą  coś z  okolic jogi. Do następnego !

 

Z miłoscią

Anja

 

 

No responses yet

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *